niedziela, 29 stycznia 2012

Wielkie nadzieje, czyli "książka w książce"

Nie, nie. Jeszcze nie biorę na tapetę Dickensa. Utknęłam gdzieś na 300 stronie i bardzo wolno posuwam się do przodu, aczkolwiek pielęgnuję konsekwencję w tej kwestii. Chciałam dzisiaj napisać o zjawisku nazwanym przeze mnie "książka w książce".

Jestem wręcz zafascynowana za każdym razem, gdy dowiaduję się, że bohaterowie książki, którą aktualnie czytam również lubią pogrążyć się czasem w lekturze. Co więcej, ich stosunek do danej powieści jest niekiedy tak znaczący, że sama decyduję się po nią sięgnąć. Tak było właśnie z "Wielkimi nadziejami" Charlesa Dickensa. Do zapoznania się z nią zachęcił mnie nie kto inny jak Dawid - główny bohater "Gry anioła" Carlosa Ruiz Zafona.

Książka/i w książce to jednak nie tylko kolejne źródło ciekawych pozycji do przeczytania. To przede wszystkim kopalnia różnych smaczków w postaci subtelnych nawiązań, porównań, aluzji itp. Radość jaką sprawia czytelnikowi ich odkrywanie i odczytywanie potęguje odbiór całej powieści. To takie wspaniałe uczucie, gdy idzie po prostu "złapać w lot", co autor miał na myśli i jeszcze lepiej odczytać, to co chciał nam przekazać.

Dodatkowo poznając lektury naszych bohaterów dowiadujemy się więcej o nich samych, co pozwala nam się nieraz bardziej z nimi utożsamić i zrozumieć ich naturę oraz zachowania.

Jaki stąd wniosek: czytać, czytać i jeszcze raz czytać! Wszystko po to, by móc czerpać jeszcze większą radość z tego czytania :D

Oczywiście, żeby nie pozostać gołosłowną w tym temacie, obiecuję wszystkie przypadki "książki w książce" ładnie wyłuszczyć, gdy już zabiorę się za refleksję na temat książki zawierającej w sobie to zjawisko :)

P.S. Jeśli ktoś zna jakąś godną polecenia lekturę, gdzie występuje właśnie "książka w książce", to będę bardzo wdzięczna za podrzucenie mi tytułu i autora ;)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Ach, Przyszłości... Gdzież się podziało Twoje światło?

Tytuł: "Ślepa wiara"
Autor: Ben Elton
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Albatros
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x19,5

Wyobraźmy sobie przyszłość. Naszą przyszłość. Rozglądamy się dookoła i co widzimy w zasięgu wzroku? Że efekt cieplarniany to jednak nie były żarty. Kontynenty to już przeszłość! Teraz królują wyspy, niczym nowy trend w boskiej modzie. Co więcej najwyższą władzę nad światem sprawuje Świątynia, instytucja mianująca się ostoją Miłości, której to kult musi wyznawać każda żyjąca istota, inaczej spotka ją sroga kara (już każdy spowiednik o to zadba!). Skąd się można dowiedzieć o takim przewinieniu? Ależ naturalnie z nagrań pochodzących z kamer, które każdy człowiek ma zamontowane w swoim mieszkaniu. Co więcej zobowiązany jest do nagrywania wszystkich ważnych wydarzeń w swoim życiu (szczególnie dotyczących sfery intymnej w tym szeroko pojętej seksualności) oraz udostępnianie ich w sieci do wglądu innych użytkowników oraz Świątyni. Prywatność jest rzeczą zakazaną i wręcz nienormalną.

Kobiety na potęgę powiększają swoje biusty oraz paradują na wpół nago po ulicach spiesząc się do pracy. Tak, tak - każdy w tym społeczeństwie posiada jakże "znaczącą" posadę! Każdy jest wyjątkowy, niepowtarzalny, a nawet sławny! Cóż jednak z tego, gdy wypaczone zostały wszystkie wartości moralne. Panuje wszem i wobec seksualne rozpasanie, małżeństwa rozpadają się po dwóch latach (trzeba w końcu przecież zmienić partnera), a dzieci umierają na potęgę, gdyż ich szczepienie zostało surowo zabronione. O imionach nadawanych im przez rodziców już nie wspomnę...

Wśród tej jakże zatrważającej wizji umieszczony został nasz główny i ośmieliłabym się rzec - praktycznie jedyny bohater - Trafford. Człowiek jakich wielu, wyrwany z kontekstu nakreślonego nam społeczeństwa. U boku żona, niedawno narodzone dziecko (na cześć cheeseburgera ochrzczone Happymealką), praca w "ważnym" resorcie et cetera. I cóż się dzieje?? Otóż mili moi, Trafford nagle zdaje sobie sprawę, że coś tu chyba jest nie tak, jak powinno i o zgrozo! pragnie prywatności. Później jest tylko "gorzej" czyt. misja: zaszczepić dziecko, a idąc jeszcze dalej dołączyć do tajnej organizacji szczepicieli i humanistów. I chociaż nie jest on jedynym bohaterem tej książki (pojawia się w niej jeszcze kilka postaci - to oczywiste), to ze smutkiem trzeba przyznać, że przez fakt, iż wydarzenia śledzimy tylko z jego perspektywy książka jest moim zdaniem niewiarygodnie spłycona.

Świat i wydarzenia jakie kreśli nam autor są niewątpliwie ciekawą wizją, lecz niestety pod zbyt wieloma aspektami niedopracowaną. Zbyt duże nagromadzenie nieraz dość błahych spostrzeżeń na ich temat przeważa szalę, na której została postawiona fabuła. To raz, dwa - całość zostałą pokazana bardzo jednowymiarowo vide epizodycznie rozwinięty wątek opozycyjnej organizacji jaką reprezentowali szczepiciele i humaniści. Na niespełna czterystu stronach zaczerpniemy zaledwie garść informacji na ich temat. Kompletnie zmarnowany potencjał jaki drzemał w tym wątku. Sam finał historii opowiedzianej przez autora jest zaś zbyt oczywisty już w połowie lektury, co nie zachęca zbytnio czytelnika do przerzucania kolejnych kartek.

Jako, że w opisie wydawcy pojawia się porównanie do Orwela wiązałam dość duże nadzieję z tą książką. Niestety zawiodłam się na całej linii. Żeby jednak nie było, żem jest taka okrutna, na zakończenie powiem, że książka zawiera w sobie jedną dość ważną dziś refleksję. Spójrzmy do czego może doprowadzić nadmierne "obnażanie" się w sieci. Chęć usilnego zwrócenia na siebie uwagi powoduje wyzbycie się przez człowieka prywatności. Niektórzy wręcz uwielbiają informować świat o każdym swoim poczynaniu. Ile się można naczytać o tym, kto to czego nie zjadł dzisiaj na śniadanie, gdzie to nie był i z kim, jak się dzisiaj ubrał, gdzie imprezował i jakiego ma teraz kaca itd. Wszystko pięknie udokumentowane i opisane. Zastanówmy się przez chwilę, czy to aby na pewno jest takie "cool" i czy nie lepiej czasem zostawić niektóre rzeczy tylko dla siebie. Tajemnica rulez! ;)

http://www.weltbild.pl/slepa-wiara_p10398584.html - przyznaję się również do autorstwa tego komentarza :P

sobota, 21 stycznia 2012

Krótko i (nie) na temat

Tytuł: "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki"
Autor: Mario Vargas LLosa
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Znak
Okładka: twarda
Wymiary: 14x20,5

O tej książce słyszałam swego czasu wiele, ale jakoś "brakło" mi zapału, żeby się za nią od razu zabrać. Autor nie był mi w ogóle znany. Pamiętam tylko, że chyba wywoływała wtedy dość duże kontrowersje i wiele osób chciało ją przeczytać. Tak się złożyło, że dopiero niedawno (no ok, jakoś w listopadzie) wpadła mi w ręce.

Czy jest to historia o miłości? Trudno powiedzieć, bo każdy może mieć jej własną definicję. Dla jednego będzie to wspaniałe odzwierciedlenie tego jakże niezwykłego uczucia, dla drugiego zwykła bajka, bo czy można być tak naiwnie zapatrzonym przez całe swoje życie w osobę, która bez przerwy nas rani i cyklicznie porzuca? Przyznam, że bohaterowie niezwykle mnie irytowali swoimi zachowaniami. Grzeczny chłopczyk i niegrzeczna dziewczynka. "Związek" istniejący, no właśnie, na jakiej podstawie? Chodzi o namiętność? Zafascynowanie? Nieuchwytność? Czy z drugiej strony, nudę? Potrzebę dowartościowania się? Odskocznię? Ach, sama nie wiem, bo też nie da się go jednoznacznie sklasyfikować, gdyż zakrawa w pewnym sensie o absurd. Być może w tym tkwi też siła tej książki. Niby Cię irytuje to o czym czytasz, ale jednak brniesz dalej. Po części przeczuwasz jak to się wszystko może skończyć, ale i tak chcesz się upewnić, bo a nuż czymś Cię jeszcze ta historia zaskoczy? I tak się na dobrą sprawę dzieję, bo nawet to, co przewidywalne staje się w pewnym momencie zaskakujące, bo aż tak niewiarygodne!

Osobiście nużyło mnie trochę polityczne tło i jego konteksty, ale jednocześnie nadawały one powieści pewnej realności, bo "to się działo wtedy, a wtedy" mówi nam autor nakreślając jakąś konkretną przestrzeń wokół naszych bohaterów i wyjaśniając pewne ich zachowania. Niestety niewyjaśnionymi dla mnie do tej pory są np. wszędobylskie zdrobnienia w ustach głównego bohatera (infantylny był wręcz momentami ten Ricardo). Dołóżmy do tego jeszcze opisy niektórych scen (głównie erotycznych), które mogą zostać uznane najzwyczajniej w świecie za niesmaczne i razić niektórych czytelników (chociaż kto wie, może to tylko ja jestem taka wrażliwa). 

Przyznaję jednak, że mimo jakichkolwiek zarzutów książkę czyta się naprawdę dobrze, choć uznawana jest niby za jedną z tych "gorszych" tego autora. Moim zdaniem posiada dobry warsztat, a akcja naprawdę wciąga czytelnika. Mamy w niej również wielu interesujących bohaterów drugoplanowych. Dlatego jak najbardziej polecam, bo jest to pozycja nieszablonowa i ciekawa.

Wybaczcie, że nie zagłębiłam się w zarysowywanie fabuły, ale zrobiło to już tak wiele osób, że można o tym przeczytać dosłownie wszędzie. Ja chciałam tylko krótko przedstawić swoje zdanie i wyrazić wolne refleksje na jej temat, bez dopatrywania się np. "ile" autora jest w głównym bohaterze itp.

Ups... chyba do końca nie było tak krótko, jak zamierzałam ;)

wtorek, 17 stycznia 2012

Notes

Mój zapał twórczy paraliżuje sesja. Następny „książkowy” wpis planuję na piątek.  Pod spodem, krótka poglądowa lista tego, co za mną, ze mną i przede mną.

Ostatnio przeczytane:
 „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Mario Vargas LLosa
„Ślepa wiara” Ben Elton
„Jeden dzień” David Nicholls
„Królowa słodyczy” Sarah Addison Allen

W trakcie czytania:
„Wielkie nadzieje” Charles Dickens
„Magiczny ogród” Sarah Addison Allen
„Nie ma się czego bać” Julian Barnes

W kolejce:
„Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald
„Strażnik parku” Błażej Dzikowski
„Wyzwanie. Szczeniaki” Mario Vargas Llosa

sobota, 14 stycznia 2012

Małe chomicze zboczenie

Jako, że kolejne "recenzje" są dopiero w powijakach chciałabym w międzyczasie napisać o moim małym książkowym bziku. Wiecie jaka jest pierwsza rzecz, na którą zwracam uwagę, przy zakupie kolejnej książki do mojej biblioteczki? (fanfary :P) Liczba stron. Tak, wiem - wydawałoby się, że co to ma do rzeczy itd.

Otóż nie wiedzieć dlaczego widząc opasły, przykładowo 600-stronicowy tom czuję niewytłumaczalną ekscytację i zakładam, że taka książka będzie na pewno lepsza i ciekawsza od tej np. zaledwie 200-stronicowej. Być może jest to spowodowane jakimś podświadomym założeniem, że "grubość" powieści świadczy na korzyść jej autora, który widocznie miał dużo do powiedzenia i przekazania czytelnikowi. "Ten gość, to się naprawdę poświęcił tej sprawie. Włożył w nią na pewno dużo serca i wysiłku. Aż nie mogę się doczekać, żeby sprawdzić, cóż on tam takiego kreatywnego naskrobał."

Kolejny argumentem przemawiającym za moją dziwną fanaberią jest fakt, iż zakładając, że książka jest naprawdę dobra i będę ją "pochłaniała" z wielką radością, to przynajmniej będę mogła się nią dłużej nacieszyć. Ta przyjemność nie skończy się jednego wieczoru, lecz będzie trwała przynajmniej kilka, a ja w tym czasie nie będę się musiała ograniczać w czytaniu, żeby ją sobie wydłużyć.

Oczywiście reguła ta nie zawsze się sprawdza i jest w sumie niezależnym kryterium od jakości samej prozy, ale nie mniej jednak zawsze znacząco zwraca moją uwagę. Jestem podwójnie szczęśliwa, gdy dowiaduję się, że książka, której poszukuję/zamierzam kupić/wypożyczyć et cetera tj dochodząc do sedna - taka, którą zamierzam PRZECZYTAĆ, ponieważ... i znowu lista może być długa (od reklamy w szeroko pojętych mediach, przez polecenie, czy też obejrzaną ekranizację itd) zawiera naprawdę duuuużo słów i dużo kartek do przerzucenia :D

Jestem ciekawa, czy inni miłośnicy książek mają podobne zboczenia?? Być może nie jestem osamotniona ;)

czwartek, 12 stycznia 2012

Chomik lubi słodycze, a oto kilka jego refleksji na temat spotkania z ich królową

Tytuł: "Królowa słodyczy"
Autor: Sarah Addison Allen
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x20

Przyznaję się bez bicia, że gdyby przyszło mi kierować się wyłącznie powierzchownością tej książki tj tytułem, okładką i opisem - nigdy bym jej nie kupiła. Skusiły mnie jednak bardzo pochlebne opinie/recenzje, jak i fakt, że „Królowa Słodyczy” autorstwa niejakiej Sarah Addison Allen była akurat w promocji (ach te wyprzedaże ;D). Z ulgą i uśmiechem na twarzy przyznaję, że nie żałuję swojej decyzji ;)

Przechodząc do konkretów chciałabym Wam przedstawić Josey Cirrini. Dziewczę to mimo, iż liczy już sobie 27 wiosen, nadal mieszka z matką, podkochuje się w listonoszu (Adam mu na imię :P), a za szafą w pokoju ma tajemniczą skrytkę ze słodyczami, które nieustanie podjada – ups, znowu poszło w boczki. Mamy zatem zakompleksioną dziewczynę (całe życie w cieniu piękniejszej matki) z burzliwym dzieciństwem (ach, cóż to była za złośnica!) i bez własnego życia (musi w końcu odkupić teraz swoje „winy” i zajmować się matuchną). Josey marzy o tym, żeby w końcu wyrwać się z miejsca bez żadnych perspektyw, jakim jawi jej się Łysy Stok, gdzie wszyscy aż nazbyt dobrze znają jej rodzinę, a zwłaszcza ojca.  Pewnego dnia, jak na życzenie, monotonne życie naszej bohaterki zostaje zakłócone przez nieproszonego i niespodziewanego gościa, który postanowił razem z nią zamieszkać. Niestety tego, co Della Lee Baker robi w szafie naszej bohaterki nie mogę Wam już zdradzić. Mogę natomiast powiedzieć, iż „Królowa Słodyczy” jest książką lekką, przyjemną oraz trochę banalną - na szczęście dla autorki, w ten dobry sposób. Polecam na chłodny wieczór z rozgrzewającą herbatką i jakimiś słodkościami pod ręką. Czyta się ją szybko i co najważniejsze bez poczucia straconego czasu.

„Szkoda, że zimne powietrze nie jest jadalne. Według niej te zimowe powiewy były jak imbirowe sucharki. Wyobrażała je sobie polane chrupką, chłodną polewą waniliową z kawałkami białej czekolady. Rozpływały się w ustach jak śnieg, przybierając ciepłą, kremową konsystencję” – fragment z samego początku, który szczególnie mi się spodobał.

Na zakończenie chciałabym jeszcze tylko dodać, że moją ulubioną bohaterką tej „słodkiej” opowieści była Chloe. Najbardziej wyrazista i najlepiej nakreślona postać w całej książce. Obdarzyłam ją największą sympatią i naprawdę byłam w stanie się z nią utożsamić (w przeciwieństwie do postaci Josey). Co prawda nie wspomniałam o niej powyżej, ale to tak mam nadzieję na zachętę, jeśli tak jak i mnie intryguje Was to, co nieznane ;) Aaaa, oczywiście nie można zapomnieć jeszcze o „Helenie”, która wnosi nam wątek humorystyczny i jest z kolei najbardziej sympatyczną kobietką, z którą przyjdzie nam się zapoznać podczas lektury, ale o tym już przekonacie się sami ;)