czwartek, 23 lutego 2012

Bla bla bla...

Moja biblioteczka się powiększa i byłabym się pochwaliła nawet i zdjęciem, gdybym tylko miała je czym zrobić. Ale, ale! Jest nadzieja! Być może już niedługo dorobię się odpowiednio wyposażonego telefonu, który zaspokoi moje potrzeby rodzące się w tym temacie. Tymczasem zdać się muszę jedynie na słowo pisane.

Byłam dzisiaj w księgarni odebrać swoje zamówienie i muszę się Wam pochwalić, że oto stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnej powieści Davida Nichollsa pt. "Dubler". Zakup cieszy mnie tym bardziej, iż odbył się po promocyjnej cenie, ku uciesze mej i mam nadzieję księgarni również :P Żeby jednak "Dublerowi" nie było smutno dobrałam mu towarzyszkę, a imię jej było "Za zasłoną strachu" autorstwa niejakiej... No nie! Nie! Nie! Nie! i bynajmniej lamenty me nie tyczą się autorki. Otóż jak przystało na chomika o niewielkim rozumku zdarzył się kolejny ambaras z jego udziałem. W swym wielkim zaaferowaniu zerwał się, by sprawdzić jak dokładnie brzmi imię niewiasty ukrywającej się za wspomnianą wyżej zasłoną i... skończył ze stopą w talerzu ze swoją pieczałowicie przygotowywaną przed chwilą kolacją. God damm it! Najpierw gruszka w pościeli, teraz pasta jajeczna na skarpetce. Chyba łóżko buntuje się przeciwko swej domniemanej wielofunkcyjności albo to ja powoli przestaję ogarniać rzeczywistość ;)

Wracając jednak do tematu napomknąć jeszcze muszę o mojej dzisiejszej antykwariackiej wizycie. Ach, cóż to był za dreszcz emocji, gdy przyszło mi nacisnąć klamkę i zagłębić się w ten tajemniczy i niezbadany świat. Lubicie antykwariaty? Te stosy książek o nieznanych okładkach, każda z inną historią - zarówno tą na kartach, jak i poza nimi. Ja bardzo. Jedno tylko, co czasem intryguje mnie więcej, niźli same książki, to ich ceny będące często wyższe od tych z przeróżnych księgarskich wyprzedaży. Być może jednak takie jest ich prawo? Pracować w końcu muszą na czyjś chleb... W każdym bądź razie jak już weszłam, to wyjść z pustymi rękoma nie mogłam. Kusiło mnie i wołało wiele tytułów, lecz starałam się zachować zdrowy rozsądek i przygarnęłam pod swój dach na razie tylko jeden i to w dodatku "bezpieczny" egzemplarz. Bezpieczny znaczy nie kupiony w ciemno. Być może następnym razem dam się bardziej ponieść emocjom i pozwolę uwieść jakiejś magicznej okładce... Wracając jednak do meritum (jeżeli takowe w ogóle w tym poście istnieje) zakupiłam "Krucjatę Bourne'a" Roberta Ludluma. W przyszłości pragnę skompletować całą trylogię. Aaaa! Ale ze mnie gapa! Nie powiedziałam Wam jeszcze kto zerka i to już dość nachalnie zza owej zasłony. Otóż Panie i Panowie przedstawiam Wam Samię Shariff.

Uff... To się "rozględziłam". Na koniec jeszcze wspomnę tylko o tym jakie było moje zdumienie, gdy odkryłam, iż powieść o urzekającym tytule "The magic cottage" i rozpoczynająca się od słów "Do you believe in Magic?" okazała się... horrorem! A trzeba Wam wiedzieć, że jest to książka w języku angielskim wyszperana przeze mnie w lokalnym sh za zawrotną kwotę 1zł. W dodatku miała mi ona posłużyć jako motor napędowy właśnie do nauki angielskiego ;) Jestem ciekawa co z tego wyniknie. Jakby ktoś pytał autorem jest James Herbert.

A teraz uciekam zrobić sobie nową kolację :P oraz zabrać się w końcu za naukę :D Pozdrawiam!

piątek, 17 lutego 2012

Jest taki dzień...

Tytuł: "Jeden dzień"
Autor: David Nicholls
Liczba stron: 448
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka

Wymiary: 12,5x20

Jako, że moje książkowe wybory nie napawają mnie ostatnio zbyt wielkim zachwytem postanowiłam w końcu zabrać się za coś, co niesie ze sobą naprawdę pozytywne emocje. Odkładałam to dość długo i chyba za długo. Czasami nie warto odwlekać przyjemności. Chciałam napisać coś naprawdę wyjątkowego i trafnego, ale będzie po prostu po mojemu jak zwykle, prosto i co mi ślina na język przyniesie. 

Zacznę od okładki, a właściwie plakatu z filmu pod tym samym tytułem - tak, tak, ekranizacji "Jednego dnia". Otóż... Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia! Jego kolory i uchwycona chwila codziennie na nowo mnie zachwycają - mam małą miniaturkę, taką broszurkową z kina, powieszoną nad biurkiem (: Jednego czego tylko żałuję, to właśnie faktu, że najpierw obejrzałam film, a dopiero później sięgnęłam po książkę.

Przejdźmy może jednak do sedna. Poproszę na scenę naszych głównych bohaterów, a muszę Wam powiedzieć, że udało mi się ich złapać akurat w jednym z ważniejszych momentów w ich życiu - zaraz po ukończenia studiów. Jest 15 lipca 1988r. Emma przedstaw się!

Emma:
- Cześć wszystkim! Nazywam się Emma Morley. Mam 23 lata i właśnie ukończyłam z wyróżnieniem filologię angielską i historię i wiecie co? Totalnie nie wiem co dalej?! Coś o mnie?Interesuję się polityką, lubię Woody'ego Allena, podczas czytania pozaginałam "Nieznośną lekkość bytu" na erotycznych fragmentach i trzymam pod łóżkiem prezerwatywy w żółtej puszcze po musztardzie. Może być? Ok, tak poza tym to lubię pisać i chciałabym w jakiś sposób związać swoją przyszłość ze sztuką, żyć z pasją, zdrowo się odżywiać i takie tam. Dexter? Nie wygląda na superinteligentnego i zdecydowanie jest zbyt pewny siebie, może nawet próżny. Cóż, w końcu jest bardzo przystojny, do tego zabawny, bogaty i lubiany...

Dexter:
-Siema! Dexter Mayhew z tej strony. Podobnie jak Emma mam 23 lata i właśnie skończyłem studia. Całe życie przede mną! Co chcę robić? Nie wiem, ale moje życie musi być pełne wrażeń. Chcę być sławny i odnieść sukces, tak aby rodzice byli ze mnie dumni oraz mieć wiele kobiet. Tak koniecznie, to ostatnie. A to wszystko najlepiej bez zbędnych problemów i powikłań. Emma? Jest ładna, nawet mimo tych swoich okropnych okularów i źle przyciętych włosów. A jej twarz z tymi dużymi, radosnymi oczami, co tu dużo mówić - jest wprost zjawiskowa i pomyśleć, że przez cztery lata myślałem, że ma na imię Anna...

Jesteśmy młodzi i pełni nadziei na przyszłość. Całe życie przed nami! Możemy wszystko! Od czego zaczęła się nasza historia? Od... przytulania ;)

Oto oni, nasi towarzysze podróży. Przez kolejne czterysta kilkadziesiąt stron będziemy ich podglądać przez kolejne lata, tego właśnie "jednego dnia" tj 15 lipca. Ich historia nas zirytuje, rozśmieszy, na końcu wzruszy (mimo iż znałam rozwój wypadków, to i tak ryczałam jak bóbr) i zezłości. Jest przedziwnie nierealna i zarazem prawdziwa. Uwielbiam w niej dialogi. Za to, że są szczerze zabawne, realnie gorzkie, błyskotliwe, a przede wszystkim takie prawdziwe. Znowu to słowo, ale to dlatego, że w tej książce nie ma sztuczności, nic nie jest kreowane na siłę, wszystko idealnie ze sobą współgra. Niczym dobrze naoliwiona maszyna, fabuła pracuję na nasze wciąż rosnące zainteresowanie. I człowiek chce więcej, chce jeszcze, bo widzi, że świat bohaterów równie dobrze mógłby być jego światem. Nie ma w nim banału, tego typowego. Są wzloty i upadki, sukcesy i porażki, w końcu bolesna konfrontacja marzeń z rzeczywistością.

Zakochałam się w tej książce tak samo mocno jak w jej okładce (vide plakat) i z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu, bo nawet jeśli nie zachwyci, to nie można zaprzeczyć, że jest to kawał dobrej prozy.

P.S. Pamiętacie opisywane przeze mnie kilka postów wcześniej zjawisko „książka w książce”? Ku mej nieskrywanej uciesze mamy tutaj tego całkiem sporo. Oto mały przegląd ;)

-„Nieznośna lekkość bytu” Milan Kudera – książkę, którą Dexter znalazł pod łóżkiem Emmy podczas ich pierwszej wspólnej nocy

-„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” Oliver Sacks – jak wyżej

-„Wielki Gatsby” Franciss Scott Fitzgerald – to właśnie o tej książce rozmyślała Emma podczas swojej pierwszej wizyty w domu Dextera

-„Czy to jest człowiek” Primo Levi – książka leżąca w mieszkaniu Tove, włoskiej studentki, którą Dexter uczył angielskiego przebywając w Rzymie, notabene podarowana mu przez Emmę

-„Powrót do Howards End” Edward Morgan Forster – kolejna książka podarowana Dexterowi przez Emmę, lecz jak sam stwierdził trochę “przyciężka”

-„Nicholas Nickelby” Charles Dickens – książka, którą Dexter kazał Emmie zabrać ze sobą do Indii i przynieść na ich spotkanie (pisał o tym w liście, którego nigdy nie wysłał)

-„Idiota” Fiodor Dostojewski – książkę, którą Emma czytała podczas wakacji w Grecji

-„Lolita” Vladimir Nabokov – książkę, którą Dexter czytał podczas wakacji w Grecji

-„Piękni i przeklęci” Franciss Scott Fitzgerald – książka podarowana matce Dextera przez Emmę

-„Zabić drozda” Lee Harper – Emma sprawdzała wypracowania na temat tej powieści

-„Cider with Rosie” Laurie Lee – książkę czytali uczniowie Emmy

Plus książki, z których pochodzą cytaty rozpoczynające poszczególne części „Jednego dnia”

-„Wielkie nadzieje” Charles Dickens

-„Burning the Days” James Salter

-„Z dala od hałaśliwego tłumu” Thomas Hardy

-„Tessa d’Urberville” Thomas Hardy

Nie mała gratka! Grzechem byłoby nie skusić się na te piękne kąski ;)

środa, 15 lutego 2012

O Matko Boska!

Tytuł: "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam"
Autor: Paolo Coelho
Liczba stron: 220
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Okładka: miękka

Wymiary: 13x20,5

Do tej pory Coelho znałam tylko z "Alchemika", którego to czytałam bodajże będąc jeszcze w gimnazjum. "Pielgrzyma" porzuciłam po kilku stronach, a "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam" jest czystym przypadkiem w moim literackim repertuarze. O ile można nieraz rzec, że przypadek bywa zrządzeniem losu, tak tym razem był raczej zwykłą kapryśną pomyłką.

Zbyt to wszystko jak dla mnie wydumane i nadmuchane - to nagłe oświecenie, objawienie i nawrócenie. Tak, tak kwestie religijne kipią tu niczym wzburzone fale Piedry. Ksiądz, czy nie ksiądz - oto jest pytanie. Moc czynienia cudów, czy miłość z czasów młodości? A to wszystko przez Maryję, żeńskie oblicze Boga, Boginię! Ale, ale... Niewielu to odkryło! Trzeba to zmienić! Trzeba ich wszystkich nawrócić! Ale, ale... jest przecież ona - Pilar. Jedyna i prawdziwa miłość, na którą czekał aż 11 lat! Bojąca się go pokochać tak samo jak zostać odrzuconą. Postanawiająca o niego walczyć, a odchodząca w najważniejszym momencie. Na koniec płacząca z rozpaczy, że dostała to, czego tak bardzo chciała, a nawet ba! nie dbająca o własne życie - największy dar jaki się otrzymało od Boga!

Wiecie co Wam powiem? Totalnie tego nie kupuję, a wręcz bojkotuję. Nie wiem po co i na co komu tworzyć taki zbiór frazesów. Chomik jest zdecydowaNIE na nie. O!

czwartek, 9 lutego 2012

Opowiedzieć Ci kilka historii? A, niech będzie - opowiadaj!

Tytuł: "Wyzwanie. Szczeniaki"
Autor: Mario Vargas LLosa
Liczba stron: 144
Wydawnictwo: Znak
Okładka: twarda
Wymiary: 14x20,5

Znowu ten LLosa. Zachęcona "Szelmostwami..." wypożyczyłam swego czasu jeszcze dwie jego książki. Na chybił trafił. Nie zwracając uwagi na tytuł, ilość stron :P a już tym bardziej opis. Jakim zaskoczeniem było dla mnie, gdy odkryłam, że "Wyzwanie. Szczeniaki" to nic innego jak zbiór opowiadań! Osobiście nie przepadam za tą formą literacką, ponieważ ledwo się coś zdąży zacząć, a już musi się zakończyć i odejść w niepamięć. Jednak ze względu na autora postanowiłam tym razem zrobić wyjątek i dać szanse tym krótkim literackim przebłyskom. Z racji tego, że jestem dopiero po lekturze pierwszego opowiadania, mojego posta będę sukcesywnie uzupełniała o maksymalnie kilkuzdaniowe opisy/refleksje na temat kolejnych.

WYZWANIE.
"Szefowie" - Niesprawiedliwość w szkole. Co z nią zrobić? Na ile bunt uczniów może okazać się skuteczny? Kto ugnie się pierwszy i jaka będzie tego przyczyna?

"Wyzwanie" - Będą się bić, oj tak. Kto wygra? Kim tak naprawdę jest Leonidas? Muszę przyznać, że zakończenie mnie zaskoczyło.

"Młodszy brat" - Bo jest ich dwóch (braci). Szukają zemsty. Na kim? Za co? i Czy aby na pewno słusznie?

"Niedziela" - Kiedyś kumple, teraz rywale. Przyczyna: kobieta. A na to wszystko jeszcze przychodzi "pijany" zakład. Muszę przyznać, że podobało mi się to opowiadanie.

"Gość" - Przewrotność losu - wolność, której ceną jest czasem coś gorszego od niewoli.

"Dziadek" - Strasznie psychodeliczna historia O_o

SZCZENIAKI.
Strasznie chaotyczne. Szarpany, nieznośny styl. Szczerze?? Nie dało się wręcz tego czytać. Przynajmniej jak dla mnie. Nie dobrnęłam nawet do połowy.

Ogólnie jestem rozczarowana. Męczył mnie LLosa tym razem. I pomimo, iż tylko pognębił moją awersję do opowiadań, w przyszłości z czystej ciekawości sięgnę jeszcze po jego prozę.

Perfect women




Zgodnie z obietnicą przyłączam się do zabawy ;) Za zaproszenie dziękuję Viv ;)




Zasady:

1. Wybierz idealne kobiety w trzech kategoriach: perfekcyjne w swoim zawodzie; ideał urody; perfekcyjny styl
2. Wrzuć na swojego bloga obrazek z tagiem Perfect Women
3. Napisz, kto cie otagował
4. Przekaż zabawę innym bloggerom.
Miłej zabawy! 


1. Perfekcyjna w swoim zawodzie:


Maria Callas
Maria Callas była wybitną grecką śpiewaczką operową.
Jej postać zafascynowała mnie po przeczytaniu książki
pt."Zbyt dumna, zbyt krucha" będącej biografią artystki. Muszę przyznać, że Alfonso Signorini stworzył przejmujący portret tej niezwykle utalentowanej kobiety.

Maria Callas: Vissi d'arte (1958)


2. Ideał urody:
Penelope Cruz



Jest piękna, co tu dużo mówić, wystarczy spojrzeć. 
Żeby to podkreślić specjalnie wybrałam bardzo naturalne zdjęcie. Oczywiście biorę poprawkę na to, że o gustach się nie dyskutuje i szczerze mówiąc nie da się ich obiektywnie uzasadnić :)



Audrey Hepburn


3. Perfekcyjny styl:


Kobieta z klasą, piękna i utalentowana. Do dziś pozostaje ikoną stylu. Charakteryzowały ją: skromna, niewymuszona elegancja, niekłamany wdzięk i gracja.






piątek, 3 lutego 2012

Jabłko? Nie, dziękuję.

Tytuł: "Magiczny Ogród"
Autor: Sarah Addison Allen
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 11x17,5


To już druga książka tej autorki, z którą miałam okazję się zapoznać (pierwszą otwierałam tego oto bloga). Gdzie tylko nie spojrzałam, tam aż roiło się od pochlebnych opinii na jej temat, że ciepła, magiczna, niezwykła, czarująca itd. Sama okładka już o tym krzyczy przytaczając rozpływające się nad nią wypowiedzi trzech Pań. Warto to słowo podkreślić, ponieważ "Magiczny ogród" jest typowym przykładem literatury kobiecej. Hola, hola - wróć! Babskiej, tak to jest odpowiednie słowo.

Claire prowadzi firmę cateringową i słynie z przyrządzanych przez siebie potraw, które posiadają magiczną moc wpływania na ludzi. Wszystko za sprawą kwiatów, które rosną w tytułowym magicznym ogrodzie. Jakiś przykład? Otóż dodanie do posiłku kwiatów bratka zachęca jedzącego do mówienia komplementów, lawenda podnosi na duchu, a mlecz stymuluje wierność. Oprócz kwiatów ogród kryje w sobie jeszcze jeden skarb, a mianowicie jabłonkę. Brzmi banalnie, ale zjedzenie jej owoców już wcale takie nie jest. Ten kto podejmie takie zakusy ujrzy bowiem najważniejszy moment swojego życia i wcale nie jest powiedziane, że będzie to coś dobrego.

Życie naszej bohaterki jest raczej monotonne i upływa spokojnym wypracowanym przez nią rytmem (analogia do "Królowej słodyczy" jest tutaj wręcz uderzająca), dopóki... po długiej nieobecności do miasteczka nie przyjeżdża jej siostra wraz z córeczką. W tym momencie akcja rusza do przodu, na horyzoncie pojawia się miłość, a my zaczynamy też poznawać innych mieszkańców niezwykłego miasteczka jakim jest Bascom w Karolinie Północnej.

Trzeba jednak szczerze przyznać, że gdyby nie właśnie ów element magiczny, książka byłaby wręcz typowym romansidłem, gdzie wszystko ma z góry określone miejsce i nietrudno można przewidzieć jak rozwinie się akcja. Mimo to czyta się ją dość dobrze i co najważniejsze lekko, a postać Evanelle - sympatycznej staruszki, która kierując się jakimś nieuzasadnionym przeczuciem rozdaje ludziom przeróżne przedmioty - jest wprost rozbrajająca.