piątek, 22 czerwca 2012

Co ja pacze? Okładka :)

Oj, tak. Wiem to. Tak, tak - wiem o tym. Zaniedbałam Was. Zaniedbałam bloga. Zaniedbałam nawyk czytania. Wszystko przez pewną uroczą młodą damę zwaną Sesją. Trzeba przyznać, że bywa bardzo absorbująca. Poza tym trudno oprzeć się jej urokowi, zwłaszcza, gdy zmusza do kolejnych spotkań. Co prawda nikt z nas nie lubi powtarzać nieudanych randek, jednakże w tej grze reguły są nieubłagane i bolesne. Czasem, trzeba ponownie stawić czoła naszym porażkom. Wyjść na przeciw pewnym nieprzyjemnym osobnikom i udowodnić im, że to oni sp******li sprawę za pierwszym razem, a nie my. To właśnie zamierzam zrobić. Już niedługo. Dlatego trzymajcie kciuki! Kiedy już wyjdę ze wszystkiego obronną ręką, planuję już jako dobrze znany Wam Chomik powrócić w wielkim (na miarę chomika) stylu i znów zanurzyć się w ten specyficzny blogowy świat. Stęskniłam się za tym!

Żeby jednak nie było tak całkiem nieadekwatnie, spójrzcie na moment w stronę zalegającej wokół Was "makulatury". Ooo. Ładna ta makulatura. Taka... kolorowa. Przyciąga wzrok. A, nie. Ta jednak nie. Bleee... Co to ma być? No dobra, nie oszukujmy się, to tylko opakowanie. Ale jednak! Okładka to niejako wizytówka danej pozycji, jej "twarz". Nie wypierajmy się, czy tego chcemy, czy nie - jesteśmy wzrokowcami. Przyznać mi się ile razy nabraliście się na powierzchowność, ha? Kusi, wiem o tym. Potrafi zbałamucić i omamić. Odczułam to nie raz, podobnie jak rozczarowanie, gdy okazało się, że zamiast arcydzieła na miarę projektu okładki, mam w ręku tylko piękną okładkę. Z kolei to niepozorne brzydactwo stojące w kącie półki, skrzętnie ukrywało swoje piękno i tylko czekało na kogoś, kto niezrażony jego mizernością zaryzykuje, by je odkryć.

Wyznam, iż dziś nie odczuwam już tak mocnego wpływu tych spoglądających na mnie zewsząd "twarzy", choć nie przeczę, że czasem trąci mnie gdzieś tam łokciem mój urażony zmysł estety wskazując na niektóre "(po)twory". W końcu jak można tak zniszczyć komuś życie? Wiem, wiem - kwestia gustu, lecz wśród tylu możliwości, czyż zbytnim wysiłkiem jest włożyć trochę serca w przyszłość tych jakże cennych dla wielu z nas  istot, jakimi są książki? Brzydkie może być na swój sposób piękne, jednak nie sposób opanować zapewne naturalnego pociągu każdego z nas, do otaczania się pięknem. 

Przyznam się szczerze, iż mam na swoich półkach książki z okładkami, które "straszą", jak i te będące balsamem dla oczu. Ciekawy to kontrast. Wydaje się, iż wręcz nieunikniony. Boleję jednak nad tym, że są wśród nich pewne "wydmuszki". Żałuję też, że pewnych potworków nie ma, gdyż skutecznie mnie do siebie zraziły lub zmyliły, gdy jeszcze nie znałam ich autora i nie wiedziałam jakie skarby w sobie zawierają. Właściwie to nawet jestem na nie zła! O, a cóż to? Wygląda jak pospolity romans, opis nie wyprowadza z błędu, a toż to solidna, trzymająca w napięciu psychologia! Czego jeszcze w okładkach z reguły nie lubię? Tego, że na siłę upodabniają się do filmu, na swojej podstawie (w domyśle książki, nie okładki :P). To tak samo jakby kura oblepiała się skorupkami, chcąc udawać jajko i na odwrót, dla zwolenników odmiennej kolejności tej teorii- jajko obrastało w piórka. Oczywiście jak to z regułami bywa, są i wyjątki! Okładka, która mnie po prostu uwiodła, a która jest, genialnym notabene, plakatem do filmu. "Jeden dzień", bo o nim mowa znacznie podnosi wartość estetyczną mojej biblioteczki :D

A jak to jest z Waszymi biblioteczkami? Zrobić przegląd i mi tu wyłuszczyć jak się sprawy mają :)

P.S. Powyżej same "upiększacze", wszystkie "(po)twory" i przeciętniaki postanowiłam zachować dla siebie ;)

sobota, 9 czerwca 2012

Weź się teraz człowieku TŁUMACZ, z tego, co żeś uczynił

Opowiem Wam historię. Historia będzie o książkach i o pewnym Chomiku, a konkretniej o tym jak Chomik zdobył pewne książki.

Był sobie dzień. Ten dzień był jak co dzień. I wszystko byłoby po staremu, gdyby Chomik nie dokonał przełomowego dla siebie odkrycia. Znalazł on bowiem pewien portal - do magicznego świata książek! -  chcielibyście pewnie rzecz Poniekąd tak, poniekąd nie. Odkrył tylko stronę internetową. Taką sobie... taką o! Pełną książek na sprzedaż i to nie byle jakich. Kupił więc Chomik hurtowo je, bo korzystną cenę miały. Kupił i... zaczął węszyć czując podstęp. Dlaczego one były AŻ tak tanie? Wrócił do domu i być może znalazł haczyk, którym mógł być nie kto inny, jak tłumacz! Zastanawialiście się kiedyś jak wielką rolę odgrywa ten człowiek i jak duży ma wpływ na odbiór książki przez czytelnika? Otóż Chomik zaczął się nad tym zastanawiać po zakupie...


w przekładzie niejakiego Pana Łozińskiego, który jak się okazało (po przejrzeniu przez Chomika kilku internetowych forów) toczy zażarty bój z Panią Skibniewską. Bój ten zaś tyczy się palmy pierwszeństwa w przekładzie tego oto literackiego geniuszu, który widnieje na zdjęciu powyżej. Swoją pierwszą z nim przygodę przeżył Chomik jeszcze za czasów gimnazjum. Po głębszym namyśle zaś doszedł do wniosku, że miał wtedy do czynienia z Marią Skibniewską, co musi przyznać, bardzo mile wspomina. Czy zatem Łoziński musi z góry zostać skazany na potępienie? Nie, nie, o nie. Co to, to nie. Chomik da mu szansę. Jest tylko jedna rzecz, z którą pogodzić jest mu się już na wstępie tak samo trudno, jak z niemożnością połknięcia naraz całego orzecha, a mianowicie... jak można było z Obieżyświata zrobić Łazika?! No jak? Wytłumaczcie mu to proszę, bo Chomik poczuł się wręcz urażony tym faktem i chciałby się dowiedzieć, czy tylko jego skromne zwierzątko, aż tak bardzo to uderzyło. Mówi to rzecz jasna przed lekturą, nieświadom zupełnie tego, co jeszcze na swej drodze może spotkać. Żal swój zaś wylewa, gdyż trafił na Łazika kartkując swe najnowsze zdobycze. Eh... Łazik jest, a księżyca na ten przykład brak. No jak to? No jak? Gdzież zatem błąd się jakiś tutaj pewnemu Panu wkradł? Eh again, but - koniec rymów, pytań czas.

Jak bardzo tłumacz jest dla Was ważny? Czy kierujecie się nim przy zakupie danej książki? Oraz jaką rolę odgrywa on dla Was, w tym konkretnym przypadku tj przekładu "Władcy Pierścieni"? Chomik chciałby poznać Wasze zdanie na ten temat i zaprosić Was do dyskusji.

środa, 6 czerwca 2012

30 dni z książkami (5)

Dzień 5. Książka non-fiction, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność

Z reguły czytanie sprawia mi niekłamaną przyjemność, a gdy tego nie czyni to książka idzie w kąt i po sprawie. Wypowiadać się na jej temat tak do końca nie wypada, poza wspomnieniem, że na uwagę nie zasługuję, ponieważ... W miejscu kropek można dać upust swej złości, frustracji i rozczarowaniem danym egzemplarzem. Wracając jednak do przyjemności i non-fiction oczywiście. Mądrali zgrywać nie zamierzam. Daleko mi do tego. Dlatego szczerze przyznaję, że z gatunkiem tym do czynienia w swym chomiczym życiu miałam do tej pory niewiele. Jeśli już jednak podzielić się z Wami mam tym spotkaniem, to przedstawiam Wam, mam nadzieję, że słusznie gatunkowo - jeśli nie, poprawcie, lecz nie linczujcie:


"Lapidarium IV" Ryszarda Kapuścińskiego

Czytane dawno, dawno temu. Coś tam jednak nadal mi świta w głowie, gdy o nim pomyślę, a głęboko w szufladzie biurka leży gdzieś jeszcze stary zapisany zeszyt zatytułowany "Moje lapidarium" tak w ramach natchnienia przez Pana Kapuścińskiego.

wtorek, 5 czerwca 2012

"Księżniczka z lodu" Camilla Läckberg

Tytuł: "Księżniczka z lodu"
Autor: Camilla Läckberg
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Czarna Owca
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x21,0
Tom I

"W niewielkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Szwecji, wśród małej, zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą - w jednym z domów odkryto zwłoki młodej kobiety. Początkowo wszystko wskazuje na samobójstwo, okazuje się jednak, że Alex została zamordowana. Prywatne śledztwo rozpoczyna Erica Falck - pisarka i przyjaciółka Alex z dzieciństwa. Księżniczka z lodu to doskonałe studium psychologii zbrodni. Jednak książka nie ogranicza się jedynie do intrygi kryminalnej. Jest to także powieść obyczajowa z ciekawie nakreślonymi postaciami i interesującym obrazem szwedzkiej prowincji. To mocna strona powieści, która oprócz Szwecji odniosła wielki sukces także we Francji, gdzie trwają przygotowania do produkcji filmu.

Pierwsze wydanie "Księżniczki z lodu" ukazało się w 2003 roku. Od tamtej pory Camilla Läckberg wydała już sześć kryminałów, w których czytelnicy spotykają się z pisarką Ericą Falck i mieszkańcami małej miejscowości w pobliżu Göteborga.

Powieść została wyróżnienie międzynarodową nagrodą Grand Prix de Littérature Policiere dla najlepszej powieści kryminalnej 2008 roku." [Czarna Owca]


Uff... Przeczytałam. Nie to, żebym się męczyła przy tym, że tak teraz wzdycham. Po prostu ta książka niesie ze sobą dość smutne dla mnie wspomnienie z dnia wczorajszego. Pozwolicie, że je przemilczę. Co do samej lektury. Będzie krótko, zwięźle i na temat. Pochłonęła mnie od pierwszych stron. Bardzo przyjemnie mi się ją przyswajało. Przystępni bohaterowie, wzbudzający sympatię - mam tutaj na myśli Erickę i Patricka, żeby nie było niejasności, bo tych mniej lubianych również się kilku znajdzie. Sama historia jest jak najbardziej ciekawa. Nie to, żebym była  jakąś wielką znawczynią kryminałów, nie mniej jednak mnie sprawa domniemanego samobójstwa Alex szczerze zainteresowała. Czytałam, czytałam i czytałam chcąc dowiedzieć się i wywnioskować jak więcej. Znalazłam przy okazji parę nieścisłości, które mi ze sobą nie "grały". Nie wiem jednak na ile jest to zaliczona przez autorkę, mówiąc kolokwialnie "wtopa", a na ile moja nieuwaga, bądź też problemy z percepcją. Imiona i nazwiska bohaterów również robiły swoje. Czasem musiałam się zatrzymać na chwilę, by mój mózg mógł skojarzyć kto jest kim. Wracając jednak do domniemanych przeze mnie wpadek. Nie miałam zbyt wielkiej motywacji, by wrzucać wsteczny bieg i swoje wątpliwości rozwiewać, po prostu płynęłam dalej w narzuconym przez autorkę kierunku. Był to dość udany rejs i chociaż mam świadomość, że nie zdecyduję się na jego powtórzenie, to mimo wszystko nie żałuję.

Pozwolę sobie w tym momencie na małą dygresję. Wiecie co mnie najbardziej wkurza w pisaniu recenzji, a w moim przypadku "recenzji"? To całe wprowadzenie, nakreślenie wydarzeń, przedstawienie bohaterów. Kiedy próbuję, to czuję, że za bardzo płynę i się nad tym rozwodzę, zamiast dać Wam znać, czy warto, czy nie warto się w ogóle fatygować. Musicie mi zatem wybaczyć, ale będę się zazwyczaj w swoich opiniach ograniczała tylko do luźnych refleksji na temat przeczytanej pozycji. Chociaż nie powiem, bo z przyjemnością czyta mi się Wasze recenzje z prawdziwego zdarzenia i po cichu zazdroszczę Wam tak umiejętnego dobierania słów :)

Wracając na właściwe tory swego wywodu chciałabym Wam powiedzieć, że "Księżniczka z lodu" to naprawdę dobra powieść, która potrafi zapewnić odpowiednią dawkę rozrywki jej czytelnikowi. Warto zatem przywitać się z Camillą Läckberg, zaprosić ją na herbatę i posłuchać (w domyśle: przeczytać) co ma nam do powiedzenia. Osobiście planuję w najbliższym czasie na pewno więcej, niż jedno takie spotkanie.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> "Nietykalni"

Tytuł: "Nietykalni"
Gatunek: dramat, komedia
Produkcja: Francja
Reżyseria Olivier Nakache, Eric Toledano
Scenariusz:  Olivier Nakache, Eric Toledano


" Ta historia zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi." [Filmweb]


"Nietykalni" to, "Nietykalni" tamto. O, a cóż to? Czyżby plakat "Nietykalnych"? Gdzie się człowiek nie obrócił, tam byli i oni, "Nietykalni". Taki szum, poruszenie, rozgłos i reklama. Coś tu musi być na rzeczy - pomyślał Chomik i postanowił nadrobić filmowe zaległości.

Nie będę wyjątkiem, gdy powiem, że i ja miło spędziłam czas z Driss'em i Philippe'm (czy kaj się tam odmienia ich imiona :P). Co więcej, nie na darmo widnieje na plakacie słowo komedia w połączeniu z zachwytem. Dawno nie miałam okazji spotkać na ekranie tak pozytywnej aury, mimo że naszym bohaterom trosk nie brakuje. Poznając ich historię znajdujemy miejsce na śmiech, jak i chwile wzruszenia. Wszystko idealnie ze sobą współgra i się dopełnia. Brak tu wszelakiej fałszywości, historia jest prosta i prawdziwa w swej wymowie, podobnie jak jej bohaterowie - abstrahując od tego, że została w większym lub mniejszym stopniu oparta na faktach, chociaż to też daje pewien (w tym przypadku jak najbardziej pozytywny) pryzmat, przez który jest odbierana.

Brak w niej jakichkolwiek umoralniających wtrętów, czy też banalnych życiowych filozofii. Reżyser udowadnia, że można poruszyć widza bez pomocy górnolotnych słów i wyszukanych zabiegów. Wystarczy szczerość. Bohaterowie wpływają na siebie nawzajem poprzez bycie sobą, bez żadnych specjalnych zabiegów i manipulacji. Ścierają się i akceptują tworząc niesamowity duet na ekranie. Ukłon w stronę aktorów za stworzenie tak wiarygodnych postaci.

Humor balansuje tutaj niekiedy na granicy dobrego smaku (jak np. naigrywanie się z czyjejś ułomności), lecz nigdy jej nie przekracza. Śmieszy, nie zniesmacza. Króluje komizm sytuacyjny - pierwsza scena jest dla mnie wręcz mistrzostwem :D "Nietykalni" są przykładem na poruszenie trudnych kwestii w lekki i przystępny sposób. Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech obejrzy sobie "W stronę morza", gdzie wytoczono już znacznie cięższe działa. Fakt, faktem historie różnią się od siebie w kilku znaczących kwestiach, nie mniej jednak mają wspólny mianownik jakim jest kalectwo głównego bohatera. Przychodzi mi do głowy jeszcze jeden film o podobnej tematyce, nie będący jednak ani komedią, ani typowym dramatem. Mam tutaj na myśli "Przyjaciela u boku" - piękną i wzruszającą historię, ale o niej może innym razem.

Krótko na podsumowanie Chomik chciałby rzec, że "Nietykalnych" poleca - wszystkim i każdemu z osobna :)

niedziela, 3 czerwca 2012

Wszyscy mają stosy, mam i ja!

A jakże, ja też się pochwalę tym, co uzbierałam ostatnio i co wala mi się już jakiś czas po pokoju. Teraz przynajmniej jest w jednym miejscu :D

Tadam!


Od góry:
1. "Idea szahadatu w kulturze Iranu" Sylwia Surdykowska - coś na kształt pracy naukowej, a jako że interesują mnie wszelakie kultury, to mam nadzieję, że wycisnę z niej coś dla siebie.

2. "Pan Kandyd" Jules Hardy - nabytek na wyprzedaży w Matrasie. Z opisu główny bohater przypomina mi troszkę serialowego Dextera, którego swego czasu pokochałam :D i stąd też decyzja o zakupie.

3. "Kronika szaleństwa" Michael Greenberg - tematyka tyleż trudna, co na swój sposób ciekawa, podobnie jak wyżej jest to Matrasowy nabytek

4."Siedmiu ludzi wśród pingwinów" Mario Marret - nie musiałam nawet czytać opisu, tytuł sam mnie do siebie przekonał, antykwariaty rządzą :D

5. "Dożywotnie zesłanie" Marcus Clarke - kolejna wyprzedaż, tym razem w innej księgarni, skusiły mnie pozytywne recenzje

6. "Delfy" Malin Schwerdtfeger - ta sama sytuacja co pkt. 5

7. "Apollinaire" Julia Hartwig - nie wiem czy już kiedyś wspominałam, że z wielką przyjemnością czyta mi się biografie, no to żeby sobie przyjemności nie odmawiać... ;)

8. "Kiedy ulegnę" Chang-Rae Lee - piękna okładka i mam nadzieję, również piękna historia

9. "Dziennik z prowincji świata" Biruta Markuza - kolejna kultura do poznania :D

10. "Księżniczka z lodu" Camilla Lackberg - książka odpowiedzialna za zawalenie mojego jutrzejszego egzaminu :P nabytek biblioteczny, podobnie jak pozostałe trzy poniżej

11. "Filary ziemi" Ken Follett - przeczytałam kiedyś bardzo pozytywną recenzję na jej temat i oto jest w kolejce do przeczytania

12. "Drugie spojrzenie" Jodi Picoult - autorka, której książki zamierzam sukcesywnie poznawać

13. "Miłość Peonii" Lisa See - Pani See uwiodła mnie "Kwiatem śniegu i sekretnym wachlarzem", mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie

Jak widać stos spory, tylko czasu na jego czytanie brak, a jak już się znajdzie, to niestety często kosztem obowiązków. Eh... Cóż jednak można poradzić - nałóg jest nałogiem. Kupowanie i czytanie, to coś bez czego Chomik nie potrafi już żyć. Nie można mu tego zabronić, chyba że chcecie zobaczyć to małe, urocze stworzonko bez ducha z wyciągniętymi ku niebu chomiczymi girkami...

Poniżej zaś wrzucam zdj moich ukochanych Ann/Anien, które udało mi się zrobić podczas ostatniego pobytu w domu. W ramach przypomnienia: miałam je dodać w poście dot. mojej ulubionej książki.




sobota, 2 czerwca 2012

"Dubler" David Nicholls

Tytuł: "Dubler"
Autor: David Nicholls
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x21,5

"Josh Harper ma piękną żonę, pieniądze, sławę i główną rolę na londyńskim West Endzie. Stephen McQueen obskurną kawalerkę, niefortunne nazwisko, role denatów, wiewiórek i dublera uwielbianego przez tłumy Harpera. Rozwiedziony i samotny większość wolnego czasu spędza, oglądając stare filmy i marząc o lepszym życiu. Jednak nic nie trwa wiecznie. Zawsze można stracić to, co się ma i zdobyć, zdawałoby się nieosiągalne, cele. Los lubi płatać figle, zwłaszcza, gdy mąż zdradza piękną żonę, a jego niepozorny dubler stara się ją pocieszyć. A gdy jeszcze w grę wchodzi prawdziwa miłość i wścibscy paparazzi... wszystko się może zdarzyć!" [Świat Książki]

Dwóch nieszczęśliwych bohaterów. Jeden, to niespełniony zawodowo rozwodnik. Drugi, narcystyczny i rozkapryszony gwiazdor, któremu sława uderzyła do głowy. Los chce, że ich ścieżki się krzyżują i obaj Panowie na wyrost zaczynają się nazywać przyjaciółmi. Dodajmy, że ten pierwszy zakochuje się w żonie drugiego, a ten drugi wcale swej małżonce najwierniejszy nie jest, no i ambaras gotowy. Szkoda tylko, że to wszystko jest takie... Eh, brakuje mi słowa. Co powiecie na przeciętne? Zwykłe, niczym się nie wyróżniające, wręcz banalne. Być może z założenia, lecz mimo wszystko chyba troszkę zbyt nudne i... smutne.

Oj, Panie Nicholls...  Nie zachwycił mnie Pan tym razem. Z bólem serca to stwierdzam - liczyłam na więcej. Wbrew zapowiedziom nie miałam do czynienia z "najśmieszniejszą książką roku". Nie przeczę, że się nie zaśmiałam raz, czy dwa. Ok, może i razy kilka, lecz co z tego? Historia wcale nie zachwyca. Niby o czymś, a jednak o niczym. Jedyne co łączy ją z fenomenalnym "Jednym dniem", to ten specyficzny realizm. Żadnych rozdmuchanych frazesów, czy też złudzeń. Naga prawda. Bohaterowie z krwi i kości. To na plus. Tak samo jak fakt, że fabuła mimo wszystko w jakiś sposób wciąga czytelnika. Nie męczymy się zbytnio z naszymi bohaterami, dość gładko i sprawnie nam się z nimi obcuje. Potrafią nas wkurzyć, rozśmieszyć, a czasem i wzbudzić litość. To dobrze, bo najgorsze co może się zdarzyć pisarzowi, to wykreować postać, która nie budzi w czytelniku żadnych emocji. Tyle pozytywów, gdyż reszta jest gorzka, jak i sama powieść, pomimo kilku zabawnych momentów.

Napisał żem to ja, rozczarowany chomik :(

piątek, 1 czerwca 2012

"Listy do Klaudii" Jorge Bucay


Tytuł: "Listy do Klaudii"
Autor: Jorge Bucay
Liczba stron: 206
Wydawnictwo: Replika
Okładka: miękka

Wymiary: 14,5x20,5

"Książkę tę zalicza się do klasyki w dziedzinie samopomocy. Autor nie powodował się kokieterią, gdy dedykował ją swym pacjentom. To o ni bowiem, zaczytując się w zapiskach terapeuty i widząc, jaki entuzjazm wzbudzają wśród ich znajomych, nakłaniali go do publikacji. Ujęte w formę listów do młodej przyjaciółki notatki to zapis trzyletniej pracy terapeutycznej. Zawierają odpowiedź na wiele pytań d otyczących samopoznania, świadomości, miłości i motywów postępowania, a gdy odpowiedzi jednoznacznej nie można uzyskać - z powodu za wiłości ludzkiej psychiki - "dają do myślenia"." [Replika]

"Klasyka w dziedzinie samopomocy." Zwrot, który może skutecznie zrazić nie jednego potencjalnego czytelnika. Dlaczego nie mnie? Otóż miałam już okazję poznać Pana Bucaya i jego "Kochać z otwartymi oczami", które to przypadło mi do gustu. Konsekwencją było sięgnięcie po jego kolejną książkę.

"Listy do Klaudii" zrodziły się z fascynacji autora do książki o podobnej formie, na którą natknął się zupełnie przypadkiem, a która to tak go zafascynowała, że postanowił pokusić się o napisanie czegoś na jej wzór. Mowa o "Das Buch vom Es" Georga Groddecka, gdzie zmyślony terapeuta - Patrick Troll pisuje do swojej przyjaciółki. W "Listach do Klaudii" Jorge wcielił się w rolę następcy Patricka mianując go jednocześnie swoim pradziadkiem. Dostajemy więc terapeutę i jego byłą pacjentkę, teraz już wieloletnią przyjaciółkę, Klaudię oraz jednostronny zapis ich korespondencji.

Zdecydowanie nie jest to książka nadająca się na zabicie nudy podczas jazdy tramwajem, gdyż niektóre z listów wymagają od czytelnika zwiększonej uwagi i analizy. Mamy tutaj bardzo wiele trafnych spostrzeżeń z zakresu psychologii i to takich, które bez problemu możemy odnieść do nas samych. Ileż to razy byłam w szoku, gdy autor nie wprost, ale jednak wytknął mi moje błędy, zmusił do zastanowienia się nad moim postępowaniem, ukazał wydawałoby się zwykłe i codzienne zachowania/sytuacje w zupełnie nowym świetle. Dodatkowo otworzył oczy na znaczenie powszechnie używanych przez nas słów, często w błędny i ograniczający nas sposób, bo czyż nie jest nam łatwiej, gdy powiemy sobie, że coś wybieramy lub postanawiamy, niż musimy. "Muszę się tego nauczyć" - w domyśle dajmy np. bardzo nudny materiał na egzamin. Powtórzę jeszcze raz: "muszę".  I co? Od razu mi się odechciewa, no ale w końcu muszę, bo... No właśnie, bo co? Ktoś mi każe? Teoretycznie wykładowca, ale przecież tak naprawdę wybór należy do mnie, czyli uczę się na nudny egzamin, ponieważ tak sobie postanowiłam. Wybrałam naukę. Chcę się tego nauczyć, ponieważ jeśli to zrobię zdam egzamin. Osiągnę coś w ten sposób. Bucay mówi nam, że używając słów: "chcę", "wybieram", "postanawiam" to my panujemy nad sytuacją i stajemy się za nią odpowiedzialni. Możemy czerpać z tego pewną przyjemność, ponieważ taki był nasz wybór. Nie zostaliśmy do niczego zmuszeni. Jest nam wtedy łatwiej udźwignąć każdy ciężar, bo trzeba wiedzieć, że nie zawsze przyjdzie nam wybierać to, czego naprawdę w danej chwili pragniemy.

To tylko jeden z mnóstwa przykładów i jednocześnie cennych wskazówek w jaki sposób każdy z nas może ułatwić sobie życie uświadamiając sobie pewne rzeczy. Każdy z czytanych przez nas listów niesie ze sobą nową prawdę, jakąś celną uwagę, trafne spostrzeżenie, wskazówkę. Do tej książki można wracać wiele razy, dzięki takiej, a nie innej konstrukcji również wyrywkowo. I czerpać z niej, odkrywać coraz to nowe rzeczy, wyławiać kolejne cenne szczegóły. Nie żałuję, że po nią sięgnęłam i myślę, że będę do niej co jakiś czas zaglądać do czego i Was zachęcam.