środa, 31 października 2012

"Deszczowa noc" Jodi Picoult

Tytuł: "Deszczowa noc"
Autor: Jodi Picoult

Liczba stron: 536
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x19,5

"Wzruszająca powieść o granicach miłości i lojalności, odwagi i przebaczenia...

Życiem Camerona MacDonalda rządzi poczucie obowiązku. Jest szefem policji w małym miasteczku w stanie Massachusetts, zamieszkanym od pokoleń przez członków jednego szkockiego klanu, z którymi wiążą go więzy krwi i honoru. Jednak gdy jego kuzyn, Jamie, zjawia się przed komisariatem z ciałem żony i wyznaje, że własnoręcznie ją zabił, Cam aresztuje go bez chwili wahania, nie bacząc na łączące ich pokrewieństwo. Dla Allie, żony Cama i miejscowej florystki, sytuacja nie jest tak jednoznaczna. Chociaż jest oddana mężowi nad życie, tym razem występuje przeciwko niemu i bierze stronę Jamiego, uwiedziona wizją mężczyzny, który tak bardzo kocha kobietę, że nie jest w stanie odmówić żadnej jej prośbie... nawet tej, by pozbawił ją życia. W tym samym czasie w miasteczku pojawia się Mia, nowa asystentka Allie, do której Cam czuje natychmiastowy, irracjonalny pociąg. Choć policjant jawnie występuje przeciwko Jamiemu, który zabił śmiertelnie chorą żonę, jednocześnie sam zdradza swoją." [Prószyński i S-ka]

Być może to wina mojego zabiegania bądź też innych łapczywie pochłanianych przeze mnie lektur albo -w tym przypadku samej autorki, bo nie porwała mnie tym razem ani nie zaciekawiła. Co więcej, sprawiła, iż nie dotrwałam do końca, a goniący mnie termin w bibliotece przypieczętował definitywne rozstanie z tą pozycją.


Fabuła zapowiadała się ciekawie. Cóż jednak z tego, gdy wpada w banał romansu, a Chomik nie pisał się na czytanie o targanym namiętnościami policjancie zdradzającym swoją żonę

(wokół którego miałam wrażenie kręci się główna oś "Deszczowej nocy"). Co to, to nie. Nie ze mną takie numery. Pani Picoult, cóżeś mi Pani tym razem uczyniła? Jak to możliwe, byś mogła poczęstować takim rozczarowaniem wiernego Tobie, do tej pory bezgranicznie, Chomika? Eh... Okładka tym razem mówi prawdę, bo zamiast wręczyć róże autorce, upuściłam je gdzieś w połowie drogi i na razie nie mam siły ani ochoty ich zbierać... Postanowiłam również na jakiś czas odpocząć od Jodi. Chcę mieć bowiem w pełni czysty umysł, gdy sięgnę po jej kolejną książkę, a przede wszystkim wymazać z pamięci to deszczowe widmo porażki, by nie rzutowało na odbiór kolejnych lektur. Eh... Tak to chyba bywa, gdy ustawi się autorowi wysoką poprzeczkę. Upadek bywa wtedy dotkliwie bolesny... dla czytelnika. Aczkolwiek ma on (w tym i ja) świadomość, iż nikt ideałem nie jest, błądzić jest rzeczą ludzką, a zróżnicowane gusta potrafią obronić dosłownie wszystko. Dlatego też autorki nie skreślam. Po prostu ta książka nie jest raczej dla mnie.

poniedziałek, 29 października 2012

"Pozwól, że Ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie jak żyć" Jorge Bucay

Tytuł: Pozwól, że Ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie jak żyć"
Autor: Jorge Bucay
Liczba stron: 228
Wydawnictwo: Republika
Okładka: miękka
Wymiary: 14,0x20,0

"Demian jest typem niespokojnego, ciekawego życia młodego mężczyzny, który dąży do poznania prawdy o sobie. Jego poszukiwania doprowadzą go do terapeuty, zwanego Grubym. Historie, anegdoty mogą posłużyć każdemu z nas w celu lepszego poznania i zrozumienia siebie, naszych relacji z innymi." [Replika]


Uwaga, uwaga - Chomik pisze po raz setny! Aż dziw bierze, że już tyle tutaj naskrobałam. Chwaliłam się zbiorami, polecałam i odradzałam Wam różnorakie lektury, ale i plotłam trzy po trzy, dlatego też nie macie pojęcia jak wielką sprawia mi (małemu Chomikowi) przyjemność każdy Wasz komentarz, bo to właśnie dzięki Wam - czytelnikom, Kronika Chomika stale się rozwija :)


A dzisiaj na tapecie kolejna książka Bucaya. Muszę powiedzieć, iż autor bardzo zręcznie potrafi grać na strunach ludzkiej duszy i nie mam tu na myśli tylko powyższych bajek, ale też jego pozostałe pozycje ("Listy do Klaudii", "Kochać z otwartymi oczami"). Jorge zna ludzką naturę niejako od zaplecza. Jako terapeuta i wyznawca teorii Gestalt pomógł w swej karierze wielu pacjentom, a za sprawą słowa pisanego może pomóc również każdemu z nas. "Pozwól, że Ci opowiem... czyli bajki, które nauczyły mnie jak żyć", są idealną refleksją, która sprawdzi się w każdej sytuacji - od szpitalnego łóżka, przez ponury, jesienny wieczór, aż po każdy możliwy moment, który chcemy przeznaczyć na refleksję ku ogólnemu pokrzepieniu. Nie macie bowiem pojęcia jak ważne jest zrozumienie mechanizmów, które warunkują nasze zachowania oraz myśli, a które zachodzą gdzieś głęboko w nas samych. Już nie wspomnę o tym, że najczęściej w ogóle ich sobie nie uświadamiamy. Ta książka pozwoli nam je niejednokrotnie odkryć i obrócić na swoją korzyść.


Bardzo podobała mi się otwierająca "Bajki...", historia o słoniu, którą pozwolę sobie krótko sparafrazować i przytoczyć.  W pewnym cyrku żył sobie słoń. Duży i dorosły słoń, którego wolność ograniczała jedynie lina przytwierdzona do małego kołka wbitego w ziemię. Bez trudu mógł się uwolnić, ale nie czynił ku temu żadnych starań. Powód? Otóż próbował wiele razy, gdy był mały, ale wtedy jeszcze nie miał tyle siły i jako, że każda próba kończyła się niepowodzeniem, poddał się i nie podjął tego wyzwania już nigdy więcej. Morał z tej historii możecie wyciągnąć sobie sami :)


W wątpliwość mogę poddać jedynie tezę, iż wg teorii Gestalt nie należy się do niczego zmuszać oraz że owoce takiej pracy nie przynoszą radości. Czy jakoś tak :P Moim zdaniem, czasem człowiek musi się przemóc i zrobić coś, co niekoniecznie sprawia mu radość, po to by osiągnąć swój cel. Może sobie powiedzieć, że tego chce i będzie mu wtedy łatwiej, ale podejrzewam, że obiektywnie nie umniejszy to wtedy jego trudu i wysiłku, który musi w to wszystko włożyć. Podam może głupi przykład, ale trzeba wycierpieć swoje na fotelu dentystycznym, by mieć piękne i zdrowe zęby. Zakładam, że autor nie rozważał akurat takiego przykładu, ale ja postanowiłam to uczynić. Nie można bowiem bagatelizować wpływu jaki ma akceptacja siebie samego (w tym i wyglądu), na pozostałe sfery naszego życia. Ok, ale czuję, iż już za bardzo płynę w stronę jakieś filozofii i niekoniecznie potrzebnych teraz rozważań. Nie chciałam przedstawiać Wam swoich wydumanych poglądów, lecz naprawdę szczerze zachęcić do tego, byście sprawdzili jak wiele mądrych uwag i spostrzeżeń ma Wam do przekazania w swoich bajkach Jorge Bucay. Oraz żebyście się przekonali do jak wielu rozważań ta lektura skłoni Was samych.


Powiem Wam jeszcze, iż nie trzeba tej książki czytać "na raz". Odradzałabym to nawet. Te bajki należy sobie dawkować, by dać naszemu umysłowi czas na refleksję i poukładanie sobie pewnych rzeczy. Można do nich również wracać i sięgać wybiórczo, gdy coś nas w danej chwili trapi i chcemy rzucić na daną sytuację zupełnie inne światło.


P.S. Coś mi mówi, że chyba zainwestuję w swój własny egzemplarz i będę często do niego zaglądała. :)

czwartek, 25 października 2012

"Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy" Małgorzata Gutkowska - Adamczyk

Tytuł: "Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy"
Autor: Małgorzata Gutkowska-Adamczyk

Liczba stron: 472
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x20,4

Tom I

Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła? W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów. 

"Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy" to pierwsza część trzytomowej sagi o Gutowie. Autorka opisuje losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn). Akcja rozgrywa się w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Małgorzata Gutowska-Adamczyk przeplata przeszłość z teraźniejszością. Znakomicie oddaje koloryt epoki, zarówno jeśli chodzi o realia życia codziennego, jak i przełomowe wydarzenia historyczne. Tworzy niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów." [Nasza Księgarnia]


Czegoś takiego, to ja się zupełnie nie spodziewałam! Nie miałam pojęcia, że ta oto kobieta, która zafundowała sobie dwa nazwiska, i która tak bardzo rozczarowała mnie książką "Mariola, moje krople...!", tym razem aż tak pozytywnie mnie zaskoczy! Bo ja tej książki nie przeczytałam, ja ją wręcz połknęłam. Od losów bohaterów nie sposób się bowiem oderwać. Jedno tylko, co w mniejszym lub większym stopniu działało mi na nerwy to totalny chaos konstrukcyjny. Autorka trochę przesadziła z retrospekcjami, skacząc w każdym rozdziale to o kilka lat w przód, to w tył, to znowu trochę w przód, jeszcze bardziej w przód, w końcu cofając się do wydarzeń najwcześniejszych. Podobnież sprawa ma się z bohaterami. Tylu ich pojawia się na scenie, iż czasem trudno się połapać w tych wszystkich koligacjach, zwłaszcza gdy książkę się chłonie (jak to miało miejsce w moim przypadku) zamiast smakować każde zdanie. Powiedzmy sobie jednak szczerze. To wszystko są drobnostki, nieznaczne mankamenty, które w żadnym stopniu nie umniejszają pozytywnego odbioru tej książki. "Cukiernia pod Amorem" ma bowiem w sobie to "coś". Tak ważne, choć nie do końca dające się sprecyzować, czy też zdefiniować - to się po prostu czuje. Osobiście jestem oczarowana lekturą i gdyby nie wzywający i kuszący mnie "Wiedźmin" już dawno zatopiłabym się w dalszych losach mieszkańców Gutowa :)

Jest przy tym wszystkim jedna rzecz, która nie daje mi do końca spokoju. Jak to możliwe, by autorka napisała tak skrajne w odbiorze (przynajmniej dla mnie) książki? Można by rzec - od rewelacji do katastrofy. To ci dopiero jest zagadka... (?) Z drugiej jednak strony, rzeczą normalną są lepsze i gorsze dzieła, choć muszę przyznać, iż przepaść pomiędzy wyżej wymienionymi jest dla mnie ponad przeciętna. Czy tylko ja mam takie odczucia? Czy może znajdzie się wśród Was ktoś, kto myśli podobnie?

środa, 24 października 2012

"Ślad na piasku" Zoë Ferraris

Tytuł: "Ślad na piasku"
Autor: 
Zoë Ferraris
Liczba stron: 388
Wydawnictwo: Książnica
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x20,5

"Po tajemniczym zniknięciu szesnastoletniej Nuf jej wpływowa rodzina wzywa Najira asz-Szarki, pustynnego przewodnika, by stanął na czele ekipy poszukiwaczy. Po dziesięciu dniach, gdy sfrustrowany brakiem efektów Najir zamierza się poddać, anonimowi wędrowcy przynoszą rodzinie tragiczne wieści... Co mogło skłonić dziewczynę z bogatej rodziny do ucieczki tuż przed ślubem? Próbując rozwikłać kryminalną zagadkę, Najir spotyka się z rosnącą niechęcią jej krewnych i odkrywa coraz bardziej intrygujące szczegóły z życia Nuf. Czy rodzina rzeczywiście nie znała prawdy o jej zniknięciu? Krok po kroku Najir poznaje sekrety klanu i dociera do prawdy o dziewczynie, (...)." [Książnica]

Opis lekko zmodyfikowałam, by nie zdradzał za wiele. Co się zaś tyczy książki...
Ale chwila, chwila! Najpierw muszę powiedzieć, iż do sięgnięcia po nią zachęciła mnie pozytywna recenzja Viv i to jej zawdzięczam tę pustynną przygodę :)

No właśnie, pustynia. Czyż to nie dobre miejsce na to, by.... utonąć? Ależ oczywiście, że dobre, a wręcz idealne, bo przecież takie nietuzinkowe i oryginalne. W dodatku taki bieg sprawy potrafi nieźle namieszać w głowach osób dokonujących tego niecodziennego odkrycia. Gdy 
sekcja zwłok bezsprzecznie wykazuje, iż dziewczyna utonęła, rodzina Nuf jest w szoku. Zdaje się jednak, że nie na tyle, by chcieć całkowitego rozwiązania tej zagadki. Co innego Najir, przyjaciel tejże rodziny, zaangażowany w poszukiwanie nastolatki przez jej przyrodniego brata. Pomimo tego, iż zawiódł (jak wiecie, Nuf nie dożyła końca tych poszukiwań), a może właśnie dlatego, będzie on jedną z niewielu osób zdeterminowanych, by poznać prawdę. Nie zgadniecie jednak, kto przyjdzie mu z pomocą. A ja Wam tego nie powiem. Ha! Zdradzę tylko tyle, iż tajemniczym "pomagierem" będzie kobieta, i to silna i niezależna kobieta. W dodatku powiązana w pewien sposób z rodziną denatki. 

Bardzo przyjemnie było mi śledzić poczynania tego duetu, który w dodatku szczerze polubiłam. Podobnież i samą książkę oceniam pozytywnie. Czytało się lekko, przyjemnie i ciekawie. Nic mnie w niej nie nużyło, dlatego też za każdym razem odkładałam ją z wielką przykrością i wracałam do niej z tak samo wielką przyjemnością. Zagadkowe morderstwo z Arabią Saudyjską w tle, a co za tym idzie kulturą islamu niejako w pakiecie jest tym, co mogę Wam dzisiaj z czystym sumieniem polecić :)

wtorek, 23 października 2012

Se se se se se se se, czyli Chomik zaciera łapki :D

Patrzcie co ja mam! Tak, wiem - chwalipięta ze mnie, ale kto by nią nie był mając przed sobą taki stos :D


Góra książek do czytania rośnie, tylko czasu nie przybywa, a terminy gonią. Zwłaszcza, gdy zgubiło się kartę biblioteczną i nie można dokonać prolongaty przetrzymanych tytułów, a teraz to już normalnie strach do tej biblioteki nawet dzwonić. Do tego kolejne dzieci w drodze i już jutro trza drałować do księgarni je odebrać, a tu jeszcze taką niespodziankę mi współlokatorka zrobiła, a właściwie to jej koleżanka, a jeszcze właściwiej, to jej chłopak. Sapkowski przybył do mnie bowiem prosto z Malborka. Bardzo, ale to bardzo Wam kochani dziękuję i niezmiernie się cieszę, że będę mogła je wszystkie przeczytać :D

Ale hola, hola, jeszcze Wam się tu muszę ładnie z czegoś wytłumaczyć. Cóż to się stało, że nie ma już od jakiegoś czasu Filmowych poniedziałków z Chomikiem? Pewnie wielu z Was nurtuje to pytanie. (...) Ekhm, no dobrze, może kilku z Was. (...) Kogokolwiek??? (....) Whatever - wytłumaczę się i tak, sama przed sobą i swoim małym chomikowym sumieniem. Otóż studia się stały, brak czasu i zapału do oglądania filmów się stał i... w sumie to teraz bardziej seriale się stały. Krótkie to takie (relatywnie do filmu), dostarcza rozrywki oraz usprawnia procesy trawienne. Wierzcie mi lub nie, ale mój żołądek jest już nieodwracalnie uzależniony od "serialowego jedzenia", czyt. konsumpcji połączonej z oglądaniem. Możecie sobie zatem wyobrazić jak długo trwają moje posiłki :)

Co do konkretnych seriali to moim niezaprzeczalnym faworytem są "Chirurdzy", o których kiedyś być może napiszę coś więcej. W czołówce znajduje się również "Dexter", "Sex w wielkim mieście" oraz "Dr. House", za którego już niedługo zamierzam się konkretnie od początku zabrać. Dodatkowo dla zabicia czasu magluję ostatnio "Gotowe na wszystko", czasem "Pretty little liars" oraz zapomnianą już troszkę i znielubianą przeze mnie "Plotkarę" Na tapecie pojawia się również "Breaking Bad" oraz kilka innych tytułów, do których zamierzam w bliżej nieokreślonej przyszłości zajrzeć. Może polecicie mi jeszcze jakieś godne uwagi tytuły? :)  

wtorek, 16 października 2012

"Colorado Kid" Stephen King

Tytuł: "Colorado Kid"
Autor: Stephen King
Liczba stron: 120
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Okładka: twarda
Wymiary: 12,0x19,0


"Dla dwóch mentorów młodej praktykantki na wyspie Moose-Lookit przypadek Colorado Kida jest przykładem prawdziwej niewyjaśnionej taje mnicy, której nie wolno powierzać nieodpowiedzialnym dziennikarzom, mogącym tak interpretować fakty, by wzmocnić sensacyjność zdarze nia. Człowieka zwanego Colorado Kidem znaleziono martwego na jednej z plaż wyspy. Policji jego śmierć wydawała się łatwa do wyjaśnie nia, jednak dziennikarze rozpoczęli prywatne śledztwo. Starają się odtworzyć godzina po godzinie ostatni dzień jego życia, ale mimo ich wysiłków mnożą się pytania, na które nie ma odpowiedzi. Zaskakująco klasyczny kryminał, w którym słychać echo Sokoła maltańsk iego Dashiella Hammetta." [Prószyński i S-ka]

Jak na Pana Kinga "Colorado Kid" to zaledwie dłuższe opowiadanie.  Jednak jakieś takie to troszkę mdłe i nie do końca ciekawe. Może to wina samej objętości tej książeczki? Takie krótkie formy jakoś do mnie nie trafiają. Nic tu jakoś specjalnie nie porywa, a już na pewno nie zachwyca - przynajmniej chomika. Jedno, co mi się w tej książce podobało, to właśnie ta niewyjaśniona tajemnica. Zagadka bez odpowiedzi, która w innych kryminałach ma swoje czasem zbyt niewiarygodne, bądź też pospolite wyjaśnienie. Tutaj za to mamy same hipotezy i mnożące się pytania. Czytelnik z jednej strony bardzo chce poznać historię Colorado Kida, z drugiej zaś za nic w świecie nie chce burzyć jego legendy. Ogólnie podoba mi się nawet koncept książki z nierozwikłaną zagadką. Tyle, że nie dłuższego opowiadania, a rozbudowanej powieści. Czytasz, czytasz i czytasz, i... dostajesz pstryczka w nos. Może byłaby i złość na autora, ale też jakie ogromne zaskoczenie! Coś takiego na pewno chciałabym kiedyś przeczytać :)


niedziela, 14 października 2012

Marlena w literaturze (1)

Lektura "Sekretnego języka kwiatów" Vanessy Diffenbaugh natchnęła mnie, by stworzyć kolejny cykl postów na moim blogu, a przy okazji zdradzić Wam moje imię, które umieściłam już w tytule.



Gdy niemalże z wypiekami na twarzy czytałam o książkowej Marlenie, zaczęłam się zastanawiać jakim postaciom autorzy postanowili nadać właśnie to, a nie inne (w tym moje) imię. Postanowiłam przybliżać Wam sylwetki tych bohaterem, za każdym razem, gdy przyjdzie mi się z nimi spotkać. Nie obrażę się również, a nawet będę wdzięczna, gdy mi w tym troszkę pomożecie podając znane Wam tytuły, za którymi chowa się jakaś Marlena :)

Co do "Sekretnego...", oto portret bohaterki:

str 265 "Spod długiej grzywki nie mogłam dostrzec oczu ostatniej dziewczyny. Gdy ją odgarniała, zasłaniała je ręką. Jednak jej odpowiedź była prosta i taka, jakiej oczekiwałam. Jeśli nie zarobi na czynsz, zostanie wyrzucona z domu. Gdy to mówiła, załamał jej się głos i aż po nos schowała twarz w wełnianym golfie."
-> dziewczyna w potrzebie, prawdopodobnie biedna, czego się wstydzi, wrażliwa, skromna, podobnie jak ja nosi grzywkę :D

str 266 "Dziewczyna się spóźniła. Nie na tyle, by udaremnić realizację mojego zamówienia, ale wystarczająco, żeby mnie zdenerwować. (...) Zdyszana dziewczyna przybiegła piętnaście minut po umówionym czasie. Powiedziała, że zasnęła w autobusie i ominęła przystanek, ale postara się szybko pracować, żeby nadrobić stracony czas." -> roztargniona i być może troszkę roztrzepana - mamy coraz więcej ze sobą wspólnego :P

str 267 "Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Była zwyczajna, i nawet ta jej bezbarwność była ukryta za długimi włosami i workowatymi ubraniami. Potrząsnęła głową i dmuchnęła mocno w górę, tak że włosy grzywki rozdzieliły się i ułożyły po obu stronach jej brązowych oczu. Wreszcie mogłam zobaczyć twarz - okrągłą, z gładką, nieskazitelną cerą. Marlena miała na sobie ogromną polarową bluzę, która sięgała jej prawie do kolan i sprawiała, że dziewczyna wyglądała jak zagubione dziecko. Gdy skończyła jeść, jej grzywka ponownie opadła na twarz i tam została." -> ja również mam dość długie włosy, ale bluz prawie do kolan raczej nie noszę - co nie zmienia faktu, że i bez tego wyglądam czasem jak zagubione dziecko :P

str 286 "Marlena przeszła do kuchni i trzymając śpiące dziecko jedną ręką, drugą zaczęła gotować. (...)
-Gdzie się tego nauczyłaś? - zapytałam.
-Gotować?
-I zajmować się dziećmi.
-W moim ostatnim domu zastępczym był żłobek. Kobieta trzymała mnie, bo uczyłam się w domu i pomagałam przy dzieciach. Nie miałam nic przeciwko temu. Wolałam to niż chodzić do szkoły.
-Uczyłaś się w domu? (...)
-Tak. Przez parę ostatnich lat. Miałam tak duże braki, że pracownicy socjalni myśleli, że to pomoże mi je nadrobić, ale zamiast tego opuszczałam się coraz bardziej. Gdy skończyłam 18 lat, rzuciłam szkołę i przeniosłam się do Gathering House. (...)
Coś zaczęło bulgotać na kuchence i Marlena dosypała soli. Byłam zdziwiona, że znalazła w pustych szafkach coś do ugotowania. Dziecko obudziło się i przełożyła je na drugie ramię. Ułożyła je tak, żeby widzieć, co gotuje, i szeptała mu coś po cichu - modlitwę lub wiersz, nie mogłam usłyszeć. Ponownie zamknęło oczy."
-> co do zdolności zajmowania się dziećmi, to się na razie jeszcze nie mogę wypowiedzieć, ale oby szło mi w przyszłości tak dobrze jak książkowej bohaterce :)

A Wy? Próbowałyście czasem wśród swoich literackich imienniczek odnaleźć siebie? :)

środa, 10 października 2012

Chomik nie gremlin, czyli raport z ostatnich dni

Gremliny... Wszyscy z nas znają te "urocze" stworzenia. Ileż to razy spędzały nam one sen z powiek, gdy byliśmy dziećmi. Nie można jednak zaprzeczyć, iż mimo wszystko wspominamy je teraz po latach z pewnym sentymentem. Ale cóż to wtedy była za groza! Chociaż crittersi byli jeszcze gorsi... Brrr! Wróćmy jednak do gremlinów.

Przywołałam je dzisiaj nie po to, by mówić o strachu, lecz o ich "cudownych właściwościach". Każde dziecko wychowane na gremlinach wie co się stanie, gdy polejemy te małe puchate stworzonka wodą - otóż w cudowny sposób... rozmnożą się! I chociaż chomik do gremlina porównany niedawno został (ty, ty, ty nu nu! chomik? gremlinem?! foch!), to jednak tych cudownych właściwości nie posiadł. A szkoda... Przydałby mu się bowiem taki klon, którego można by posłać na zajęcia kolidujące mu z innymi, czyt. odbywające się w tym samym czasie (ach, witaj drugi kierunku studiów :D) oraz zlecić mu załatwienie wielu niezbędnych spraw, na które nie starcza jednej osobie dnia. A gdzie tu jeszcze mieć czas na czytanie i skrobanie na łamach kroniki? :) Oj, nie lada to wyzwanie :)

Muszę Wam się przyznać, iż jako mały chomik (tyci taki) czuję się lekko przytłoczona tym nagłym natłokiem spraw i zajęć.Wszystko załatwiam w pośpiechu! A pośpiech jak wiadomo nie popłaca... Żeby Wam to lepiej zobrazować, przytoczę dzisiejsze niefortunne zdarzenie z moim nieszczęsnym chomikowym udziałem. Otóż tupta sobie chomik, tupta. Ciemno, zimno, teren obcy. Tupta, tupta i nagle bach! błysk! i grzmot! Jak nie runie na twarz, na ten swój mały pyzaty pyszczek, i na ten zimny, ciemny chodnik. Nawet futerko mu nie pomogło - kiepski z niego amortyzator. Guza porządnego sobie chomik nabił... A dlaczegóż to tak pędził, w noc ciemną między bloki, nie patrząc pod nogi, a ręce zajęte mając? Otóż uczelnia! Uczelnia jest temu winna! Spóźniony chomik spieszył na spotkanie, bo przecież prezentację na zajęcia trza przygotować! A że ciemno, że spóźniony, w łapkach książki, no i torba, bloku szukał - nie mógł znaleźć, no i trach! Chcąc czy nie, wylądował głową w dół na chodniku. Teraz siedzi biedny i za spuchnięty chwyta się czerep apelując do Was moi drodzy - spiszcie się, ale powoli :)

czwartek, 4 października 2012

"Sekretny język kwiatów" Vanessa Diffenbaugh

Tytuł: "Sekretny język kwiatów""
Autor: Vanessa Diffenbaugh
Liczba stron: 4oo
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 20,0x12,5


"W czasach wiktoriańskich zakochani używali sekretnego języka kwiatów, by mówić o swoich uczuciach: czerwona róża oznaczała miłość, konwalia powrót szczęścia, a groszek pachnący obietnice subtelnych przyjemności. Niestety Victoria Jones używała języka kwiatów do wyrażania uczuć takich jak smutek, nieufność, poczucie osamotnienia. Koszmarne dzieciństwo spędzone na wędrówkach pomiędzy dysfunkcyjnymi rodzinami zastępczymi sprawiło, że Victoria nie potrafiła się do nikogo zbliżyć. Kiedy w dniu 18 urodzin opuszcza dom dziecka nie ma żadnego celu w życiu, nie ma też nikogo bliskiego, nie chce i nie potrafi rozmawiać z ludźmi. Swoje uczucia, myśli i pragnienia wyraża za pomocą symbolicznego języka kwiatów, którego nauczyła się w dzieciństwie od przybranej matki. Bezdomna, mieszka w parku, gdzie zakłada swój własny ukochany ogród. Kiedy jej talent do układania bukietów zostaje odkryty przez miejscową florystkę, okazuje się, że tworzone przez Victorię bukiety potrafią w magiczny sposób zmieniać życie obdarowanych nimi ludzi. Pewnego dnia na drodze Victorii staje znajomy z przeszłości, który także doskonale zna język kwiatów. Czy Victoria będzie miała siłę, by stawić czoła wydarzeniom z przeszłości? Czy będzie umiała stworzyć magiczny bukiet dla siebie samej i wykorzystać szansę na miłość i lepsze życie? Wzruszająca powieść o znaczeniu kwiatów, znaczeniu rodziny i znaczeniu miłości." [Świat Książki]

Tym razem opis zachowałam w całości, gdyż jest naprawdę piękny. Podobnie jak książka, którą czytało się świetnie, choć nie przeczę, że postać głównej bohaterki działała mi czasem na nerwy. Wbrew pozorom nie jest to bowiem łatwa historia. Wydarzenia biegną po dwóch torach - tym z przeszłości oraz teraźniejszym. Poznajemy Victorię jako dziesięcioletnią zagubioną dziewczynkę tułającą się między kolejnymi przytułkami i rodzinami zastępczymi oraz już jako pełnoletnią osobę, która staje się odpowiedzialna za swoją przyszłość. Jej historia jest ciekawa i wzbudza zainteresowanie oraz ma w sobie pewien urok, a to wszystko dzięki kwiatom, które odgrywają w niej dość istotną rolę. Bardzo podobało mi się to, iż mogłam dzięki lekturze poznać ich znaczenie. Dodatkowo autorka na samym końcu zebrała je w słownik, do którego można w każdej chwili zajrzeć.

Poza tym książka zapadnie mi w pamięć z bardzo prozaicznego powodu, a mianowicie - jedna z bohaterek okazała się być moją imienniczką! Więcej na temat napiszę w kolejnym poście :)


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z półki"


wtorek, 2 października 2012

"Zagubiona przeszłość" Jodi Picoult

Tytuł: "Zagubiona przeszłość"
Autor: Jodi Picoult
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Okładka: miękka
Wymiary: 14,0x20,0 

"Delia Hopkins ma bajkowe życie. Mieszka w uroczym miasteczku w sielskim stanie New Hampshire. Ma małą córeczkę, przystojnego narzeczonego, ukochanego ojca oraz psa - tropowca, z którym pracuje przy poszukiwaniu zaginionych ludzi. Trwają przygotowania do ślubu. Ni stąd, ni zowąd Delię zaczynają dręczyć wspomnienia, których nie potrafi wyjaśnić ani umiejscowić w czasie i przestrzeni. A potem nagle w jej domu zjawia się policjant, przynosząc nieoczekiwaną wiadomość, która rujnuje bezpieczny świat młodej kobiety. Co czuje człowiek, dowiedziawszy się, że nie jest tym, za kogo się uważał? Jak pogodzić się z faktem, że kochany człowiek ukrywał prawdziwą tożsamość, a jakaś obca osoba może rościć sobie prawo do silnych więzi? Dlaczego na pozór słuszne decyzje są często krzywdzące dla innych? Jodi Picoult dotyka kolejnego trudnego tematu zaczerpniętego z życia, przedstawiając go z właściwą sobie przenikliwością, empatią i wrażliwością." [Prószyński i S-ka]

Moja kochana Jodi :) Jak zwykle mnie nie zawiodła. I tym razem historia ciekawa, dość kontrowersyjna i świetnie nakreślona. Kłaniam się, kłaniam i to niziutko.

Zacznę technicznie. Otóż podczas lektury znów spotkamy rozdziały podzielone z perspektywy różnych bohaterów, dzięki czemu historia choć jedna, bo łącząca ze sobą wszystkich, dzieli się również na te mniejsze - indywidualne. Dość schematyczny ten zabieg u Picoult, ale muszę przyznać, iż bardzo interesujący. Narratorów jest wielu, tak jak i wiele jest punktów widzenia, odczuć i emocji. Razem z autorką skaczemy od jednego umysłu do drugiego, podglądając czyjeś myśli i odkrywając głęboko skrywane tajemnice. Wszystko to później musimy sobie poukładać, niczym puzzle, które to tworzyć mają nasze własne wnioski kreujące odbiór całości.

Co do samej treści. Otóż rzecz jest tu o zagubieniu: tym dosłownym - fizycznym, jak i tym wewnętrznym oraz o odnajdywaniu - drogi, ludzi, odpowiedzi na pytania oraz przede wszystkim siebie. Podobał mi się sposób w jaki autorka prowadziła rozwój wypadków. Co jakiś czas zostajemy czymś zaskoczeni, więc nie może być mowy o nudzie. Zapewnia to również mnogość poruszanych wątków, które w ogólnej konfrontacji idealnie się ze sobą zazębiają tworząc ciekawą panoramę. Całość doprawiona została dodatkowo przez nasze ludzkie słabości i ułomności, które to nadają tej powieści niezwykły smak i budzą poczucie bliskości z bohaterami, ich zachowaniami oraz sytuacjami, w których przyszło im się znaleźć oraz w konsekwencji... odnaleźć.

Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć przybliżane nam przez autorkę więzienne realia, które to szczególnie zwróciły mą uwagę i są odpowiedzialne za szczere zaintrygowanie mej małej chomiczej persony, która to zaczęła się już nawet rozglądać za jakąś typowo "więzienną" lekturą. O tak! Chomik natchniony tym tematem, przeczytać coś więcej zamierza. Jeśli zatem komuś z Was na usta się jakiś tytuł ciśnie, to niech go czym prędzej w komentarzu poniżej odciśnie, a wtedy go Chomik w myślach wdzięcznie uściśnie ;)

I jeszcze tak gwoli już tylko czystej formalności słów kilka. Otóż jak nie trudno się chyba domyślić chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna polecić lekturę "Zagubionej przeszłości".