poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> "Moneyball" and "The show"

Tytuł: "Moneyball"
Gatunek: dramat, biograficzny, sportowy
Produkcja: USA
Reżyseria: Bennett Miller
Scenariusz: Aaron Sorkin, Steven Zaillian

"Historia managera klubu baseballowego Oakland Athletics Billy'ego Beane'a, który postanowił wykorzystać w swojej pracy analizy komputerowe. Dzięki temu, jego drużyna ma lepsze wyniki i może zmagać się z lepszymi zespołami, mimo złej sytuacji finansowej." [Filmweb]

Gdzie tam Chomikowi do baseballu, nawet zasad dobrze nie zna. Spytacie w takim razie dlaczego zdecydował się na seans? Ano z racji oscarowych nominacji, ponieważ jak co roku, niemalże za punkt honoru stawia sobie zacny cel, jakim jest zapoznanie się ze wszystkimi nominowanymi dziełami. Czyni to w nadziei wyłowienia prawdziwych pereł z tego coraz bardziej zatrutego morza filmowych produkcji, które nas co roku zalewa. I za taką perełkę może uznać właśnie "Moneyball".

Film o sporcie? Ależ skąd! To tylko tło właściwego tematu, jakim jest ludzka natura. Zamiast zawrotnej akcji triumf święcą dialogi, a niemalże całą uwagę widza absorbują bohaterowie skrojeni nie inaczej, jak na miarę Oscara. Wystarczy przypomnieć sobie Brada Pitta jako człowieka podążającego za marzeniami wbrew powszechnej krytyce otoczenia oraz partnerujących mu Jonaha Hilla oraz Philipa Seymoura Hoffmana. Panowie pokazali klasę.


Porządny warsztat i oprawa ukazująca w dodatku prawdziwą historię. Czego chcieć więcej?

P.S. Nawet Lenka i jej "The show" zyskały moją sympatię po seansie :)



4 komentarze:

  1. Już chciałam krzyczeć, że nie dla mnie, że film o sporcie mnie zanudzi, ale widzę, że mogę być w błędzie.
    A ta piosenka Lenki przypadła mi do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. już od oscarowych nominacji chciałam obejrzeć ten film, ale do tej tej pory tego nie robiłam. może się za niego zabiorę?

    OdpowiedzUsuń
  3. "Moneyball" jest filmem naprawdę przyzwoitym i wartym obejrzenia. Co prawda jednak wszelkie ochy i achy, które towarzyszyły Oscarowym nominacjom (mówiło się, że ten film to czarny koń, a przy okazji najlepsza rola w filmografii Pitta), były mocno przesadzone. Za to Hill, którego kojarzyłem głownie z głupkowatych komedyjek, naprawdę pokazał się z najlepszej strony. Fajnie się ogląda, jest ciekawie, praktycznie nic nie zgrzyta, ale wielkiego szału też nie ma.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń