sobota, 12 sierpnia 2017

"Ali i Nino" Kurban Said

Tytuł: "Ali i Nino"
Autor: Kurban Said
Liczba stron: 302

Wydawnictwo: WAB

Okładka: miękka


Filmowa okładka, która przyciąga wzrok i sugeruje miłość w czasie wojennej zawieruchy kryje za sobą bardzo egzotyczną historię. 
Azerbejdżański muzułmanin i gruzińska chrześcijanka, Ali Chan Szynwarszyn i Nino Kipiani, i Baku - miasto, gdzie Europa i Azja niepostrzeżenie się zlewają.

Tych dwoje zna się od dziecka i już wtedy zakochuje się w sobie, pomimo tego, że tak wiele ich dzieli: pochodzenie, religia, status społeczny... I nie wystarczy tylko pokonać sprzeciwu rodzin ani zmierzyć się z przyjaciółmi, którzy niepostrzeżenie stają się wrogami, o nie - jest jeszcze wojna, która zmusza naszych bohaterów do tułaczki, rozłąki i powrotów, bolesnych kompromisów i wyrzeczeń. Czy w takich okolicznościach możemy liczyć na happy end?

W książce Kurbana Saida widzimy zderzenie dwóch odmiennych światów. Zachód zderza się ze Wschodem i to zderzenie jest bolesne. Szczególnie jeśli spojrzymy na postrzeganie kobiety, która w kulturze islamu jawi się jako rola do obsiania. Nie należy jej kochać, to ona ma kochać swojego pana i żyć w jego cieniu po tym jak według starego i sprawdzonego zwyczaju zostanie przez niego uprowadzona. Trudno czytać takie słowa ze spokojem ducha i jeszcze trudniej uwierzyć w miłość wychowanej według europejskich przekonań kobiety z muzułmańskim mężczyzną. Trzeba jednak oddać głównemu bohaterowi, że nie kieruje się on zasadami wyznawanymi przez jego przodków, a Nino w żadnej mierze nie jest kobietą, która pozwoliłaby się zniewolić. Ich miłość jest burzliwa, ale trwała, co czyni ją jeszcze piękniejszą.

Wróćmy jednak jeszcze na moment do tego jak malowniczo w tej książce ukazane zostały różnice kulturowe. Szczególnie spodobał mi się przedstawiony przez autora kontrast pomiędzy Persją, gdzie czas upływa ludziom na herbacianych rozmowach o poetach i mędrcach, podczas gdy Gruzja przelewa wino podczas tańca, a całej tej uciesze towarzyszy śmiech ludzi twardych i jednocześnie elastycznych jak sprężyny, bo "Gruzin jest jak szlachetna sarna zabłąkana wśród azjatyckich ludów tutejszych lasów. Żadna inna rasa Wschodu nie ma tej gracji, tego wdzięku ruchów, tej upojnej radości życia i zdrowej radości z nicnierobienia."* 

Podczas lektury naszła mnie niebywała ochota, by na własnej skórze doświadczyć tego, co mają do zaoferowania oba kraju i jeśli wszystko dobrze pójdzie jesienią tego roku odwiedzę jeden z nich, ale na razie nie zdradzę Wam jeszcze który ;)


Wspomniałam o filmowej okładce, lecz o samym filmie znalazłam niezbyt wiele informacji. Nie ukrywam, że wyczekuję polskiej premiery, ponieważ moim zdaniem ta historia będzie w stanie zawojować serca widzów bardziej, niż czytelników. Wróżę jej bycie tym wyjątkiem od reguły, kiedy to film jest lepszy od książki, ponieważ czytając papierową wersję miałam nieodzowne wrażenie, że została ona napisana pod ekranizację.

Czy warto poznać "Ali i Nino"? Na pewno, chociaż ta książka nie jestem typową historią miłosną. To bardziej powieść o przenikających się światach i różnicach kulturowych.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:



*str 132 Ali

środa, 12 lipca 2017

"Trzecia" Magda Stachula

Tytuł: "Trzecia"
Autor: Magda Stachula
Liczba stron: 368

Wydawnictwo: Znak Literanova
Okładka: miękka



Niespełna rok temu pisałam dla Was o debiucie Magdy Stachuli. Recenzję jej pierwszej książki pt. "Idealna" możecie znaleźć tutaj -> klik. Teraz biorę w obroty drugą, którą jest "Trzecia". I kiedy będziecie już po lekturze zauważycie, że to zdanie ma też swoje drugie dno ;)

Główna bohaterka Eliza, to młoda psychoterapeutka mieszkająca w Krakowie. Poznajemy ją w momencie, gdy dziewczyna odkrywa, że jest przez kogoś śledzona. Równolegle na scenę wkracza Lilianna - przebojowa bizneswoman z Warszawy. Kobiety łączy fizyczne podobieństwo, fakt że niedawno zakończyły długoletnie związki i tajemniczy ON o wielu imionach.

Od pierwszych stron przepadłam - takiej lektury było mi trzeba! Intrygującej i trzymającej w napięciu. Autorka umiejętnie buduję atmosferę i nie odsłania od razu wszystkich kart przez co czytelnik do ostatniej strony nie może być pewien jak potoczą się losy głównych bohaterów oraz co tu tak naprawdę się dzieje.

Niezaprzeczalnym atutem książki jest to, że rozwój akcji obserwujemy z perspektywy trzech osób, przez co niemalże wszystkie sytuacje mamy przedstawione trójwymiarowo. Każdy z bohaterów ma swoją historię - przeszłość, od której nie może się uwolnić i która determinuje jego obecne poczynania. Myślę, że nie będzie też chyba niczym zaskakującym jeśli zdradzę Wam, że mamy tutaj do czynienia z trójkątem miłosnym, a wiadomo że tak silne uczucie jakim jest miłość może popchnąć człowieka do niewyobrażalnych czynów...

Kiedy tylko usłyszałam, że Magda Stachula napisała kolejną powieść od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać, bo czeka mnie świetna rozrywka. Wątek obyczajowy z lekkim elementem romansu miesza się tu z trzymającym w napięciu thrillerem, co tworzy naprawdę pożywny koktajl dla wygłodniałego czytelnika. Jeśli macie wolny wieczór, podczas którego chcielibyście się odstresować i zanurzyć w łatwej w odbiorze lekturze, to zachęcam Was do sięgnięcia po nową książkę autorki "Idealnej".



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:






sobota, 8 lipca 2017

"Nie ze mną takie tere fere" Jim Smith

Tytuł: "Nie ze mną takie tere fere"
Autor: Jim Smith
Liczba stron: 240

Wydawnictwo: Znak Emotikon
Okładka: miękka



Lubię recenzować książki dla dzieci, bo czytając je można samemu czasami poczuć się dzieckiem. Poza tym wiele z nich, to naprawdę mądre i wartościowe pozycje, które chętnie kiedyś sama podsunę swoim dzieciom. Dodatkowo uważam, że każdy rodzic powinien mieć chociaż ogólne rozeznanie na temat tego, co czytają jego pociechy. Nic, tylko czytać książki dla dzieci, o dzieciach i z dziećmi.

Staram się nigdy nie zrażać okładką, a zdarza się, że są one mega nieudane i odstraszają czytelnika już na samym wstępie. Tak było np z książką "Milo. Odklejone po(d)pisy", której zarówno okładka, jak i tytuł zupełnie nie współgrają z jej treścią, a szkoda bo ta niezwykle wartościowa i wzruszająca pozycja traci przez to na pewno spore grono potencjalnych czytelników. Nie może zatem dziwić, że "Nie ze mną takie tere fere" również zostało przeze mnie już na wstępie obdarzone dużym kredytem zaufania.

Powiem tak i mówię to z żalem: chyba nigdy w życiu jeszcze nie rozczarowałam się tak bardzo książką skierowaną do młodszego czytelnika. Tym razem okładka jest jak najbardziej adekwatna do treści, którą za nią znajdziemy. Główny bohater, to Bartek Frajer, który z powodu noszonego nazwiska narażony jest na liczne docinki ze strony swoich rówieśników, co ze szczególnym upodobaniem wykorzystuje jeden z nich, niejaki Darek Darenowski. Dodajmy do tego wszechobecne bekanie, puszczanie bąków, kozy w nosie, liczne zdrobnienia i obraźliwe piosenki śpiewane na melodię "sto lat", a tere fere okazuje się zbyt łagodnym określeniem na dyrdymały zaserwowane nam przez autora.

Ani to śmieszne, ani interesujące, nie mówiąc już o jakiejkolwiek wartości dodanej, którą można by wyłuskać z lektury i ja bym tego żadnemu dziecku nie pokazała mając w zanadrzu chociażby obłędne notatki Kacpra Niewypała, które utrzymane w podobnej konwencji nie ocierają się o żenadę i szczerze bawią. 

Przykro mi było pisać tę recenzję, zwłaszcza że jest to pierwszy przypadek, gdy Wydawnictwo Znak Emotikon szczerze mnie zawiodło.





niedziela, 11 czerwca 2017

"Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii" Norman Lewis


Tytuł: "Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii"
Autor: Norman Lewis
Liczba stron: 296
Wydawnictwo: Czarne
Okładka: miękka

Głosy starego morza to głosy przeszłości i czasów, gdy ludzie przesypiali zimy. Usłyszeć je  można w Farol - małej rybackiej wiosce na północnym wschodzie Hiszpanii, gdzie zmęczonego wojną reportera przywiodła tęsknota za tym co znane i niezmienne. Tutaj każdy rok, miesiąc, a nawet dzień ma swój z góry ustalony rytm. Tutaj wszyscy się znają i każdy ma swoje miejsce. Tutaj wszyscy żyją w zgodzie z mistycznymi rytuałami, których sens jest czasem nierozwikłaną zagadką. 

Autorowi z początku trudno było stopić się z tą swego rodzaju enklawą, bo nawet na przywilej bycia obserwatorem trzeba sobie zasłużyć. Pomógł mu w tym na pewno spokój ducha oraz licencja rybaka, dzięki której był w stanie zarobić na opłacanie niewielkiego pokoju w domu staruszki zwanej w wiosce Babcią. Samo Farol nazywano wioską kotów w przeciwieństwie do siadującego z nim Sort, gdzie królowały psy. Nie oszukujmy się jednak, zwierzęta nie miały tam łatwego życia i często spotykała je śmierć w niehumanitarnych warunkach. Potrzeby mieszkańców zaspokajał spróchniały kościół, składnica rybacka, rzeźnik, sklep wielobranżowy i bar, w którym to wieczorami zbierała się starszyzna rybacka, by białym wierszem snuć opowieści z minionego dnia.

Gdy myślę o tej wiosce wyobraźnia podsuwa mi obraz wyrzuconej przez morze na brzeg kłody obrośniętej wodorostami, która nie ma nic wspólnego z cywilizacją, jest dzika i nieokiełznana. I najchętniej taka by została, ale świat nieustannie się zmienia, czego mieszkańcy Farol nie chcieli do końca zaakceptować i w gruncie rzeczy im się nie dziwię. Podejrzewam, że niewiele jest na świecie miejsc, które nie zostały jeszcze wystawione na pokaz, by na nich zarobić. Najgorsze, że to wszystko robione jest tak, żeby ogłupić i zaspokoić potrzeby turysty, zamiast rzeczywiście uchylić rąbka tajemnicy i pokazać mu inny świat...

Dlatego muszę Was ostrzec, że jeśli sami chcielibyście posłuchać o czym stare morze szeptało z mieszkańcami Farol przygotujcie się na nostalgiczną opowieść, która niesie na swych falach melancholię.