wtorek, 18 września 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> Sen o Pandorze...

Tytuł: "Avatar"
Gatunek: sci-fi

Produkcja: USA, Wielka Brytania
Reżyseria: James Cameron

Scenariusz: James Cameron


"Długo oczekiwany film Jamesa Camerona zrealizowany z wielkim rozmachem porównywalnym do "Titanica". Szacowany budżet na poziomie 237 milionów dolarów daje mu trzecie miejsce pod tym względem w historii kina. "Avatar" został wykonany w dwóch technikach: tradycyjnej 2D i zupełnie nowej technice 3D. Zdjęcia do filmu zostały wykonane w 2007 roku, natomiast na postprodukcję przeznaczono dwa lata. "Avatar" opowiada historię sparaliżowanego byłego komandosa, który dostaje szansę odzyskania zdrowego ciała. Musi jednak wziąć udział w specjalnym programie militarnym o nazwie Avatar. W rolach głównych między innymi Sam Worthington, Sigourney Weaver, Michelle Rodriguez." [Filmweb]

Swego czasu bardzo głośny tytuł i grzechem wręcz było nie zobaczyć go w kinie. Oto moje wrażenia na chwilę po seansie (24 stycznia 2010r.) Wybaczcie mały poślizg z postem :)

Otwieram oczy. Budzę się, podczas gdy mój avatar zasypia w samym sercu Pandory. Przez moment jestem totalnie zdezorientowana. Mija parę chwil i dociera do mnie, że siedzę w niemalże pustej już sali wpatrzona w napisy końcowe, a na moim nosie wciąż tkwią okulary. Zdejmuję je niepewnym ruchem i rozglądam się wokół. Sala kinowa paradoksalnie przypomina mi Pandorę, tą zniszczoną Pandorę. Kubki po coca-coli - te puste, jak i niedopite, popcorn na siedzeniach, pod siedzeniami nachos i do tego wszystkiego ludzie, którzy jak gdyby nic wychodzą śmiejąc się i rozprawiając o głupotach. Przeważającą większość stanowiły pary oraz rodziny z dziećmi - nie wiem, czy to coś tłumaczy?? Wiem jedno: jest dla mnie nie do pojęcia jak można być tak ślepym! Ludzie naprawdę patrzą, ale nie WIDZĄ i to jest straszne! Nie wspominając o tym, że miałam ochotę w środku seansu wstać i sprawić, żeby to, co konsumowała siedząca obok mnie para wylądowało na ich głowach, bo ciągłe chrupanie, siorbanie i chichotanie w najmniej odpowiednich momentach z pewnie tylko im wiadomych przyczyn doprowadzało mnie po prostu do szału! Proponowałabym ustawić na wejściu jakieś urządzenie mierzące poziom kultury osobistej, żeby uniknąć takich sytuacji. Albo po prostu rozgraniczyć seanse dla ludzi, którzy przychodzą do kina po to, żeby obejrzeć film i przeżyć niesamowitą przygodę oraz dla tych, którzy podczas seansu chcą się najeść, narobić bałaganu, porozmawiać, poprzeszkadzać innym i cholera wie, co jeszcze. Wrr!!!

Z tego, co zdążyłam przeczytać przed seansem wiele osób zarzucało Cameronowi zbyt uproszczony przekaz "Avatara" przedstawiającego cywilizację i postęp, jako największe zło niszczące to, co na świecie najcenniejsze - jego naturalne i niepowtarzalne piękno. I chociaż muszę przyznać, że fabularnie film nie powala na kolana oraz nie brak w nim drobnych nieścisłości, to jego przekaz jest podany w bardzo jasny i moim zdaniem bynajmniej nie jakoś bardzo przesadzony, tudzież wyolbrzymiony sposób, bo do ludzi coraz częściej trzeba mówić wprost (momentami nawet przerysowując pewne kwestie właśnie w celu zwrócenia na nie uwagi), chociaż czasem i to nie wystarcza -> patrz rozpaczliwy wygląd sali kinowej, którą opuszczałam. Takie przykłady można jednak mnożyć rozglądając się wokoło każdego dnia, czy chociażby słuchając/oglądając wiadomości... Ale wcale nie o tym chciałam pisać siadając przy klawiaturze, chociaż problem jest istotny. Teraz - wyrzuciwszy z siebie złość na rażącą ignorację niektórych "cywilizowanych" osobników tego świata spróbuję przejść do sedna.

Szczerze muszę przyznać, że nie przepadam zbytnio za szeroko pojętą fantastyką oraz filmami opartymi głównie na efektach specjalnych, dlatego też do "Avatara" podchodziłam z dużą rezerwą i starałam się nie karmić tymi wszystkimi "ochami i achami" na jego temat. Bałam się, że to wszystko może być w dużej mierze spowodowane tym całym medialnym szumem podniesionym z różnych względów jak chociażby sama technika, w której ten obraz został stworzony. Poza tym coraz częściej pojawiały się głosy, że ten film po prostu "wypada"/trzeba obejrzeć, a co za tym idzie zachwycać się nim, bo tak twierdzi większość. Postanowiłam zatem wyrobić sobie własne zdanie na temat tego "przełomowego" dzieła - bilet musiałam zarezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem!

Panie i Panowie, witamy na Pandorze - pięknej, naturalnie "dzikiej" i niczym nie skażonej planecie zamieszkałej przez tajemnicze plemię Na'vi - niebieskie istoty ponadprzeciętnego wzrostu przypominające nieco swoim zachowaniem Indian. Planecie kryjącej w swoim wnętrzu pokłady bardzo cennego z punktu widzenia Ziemian minerału, po który też przybyli. Naszą podróż rozpoczynamy wraz z jedną z takich właśnie osób. Sparaliżowany od pasa w dół Jake, były weteran wojenny (żołnierz piechoty morskiej) przybywa na Pandorę, żeby po śmierci brata bliźniaka zająć jego miejsce i przejąć kontrolę nad stworzonym dla niego Avaterem - istotą powołaną do życia w wyniku połączenia DNA Na'vi oraz człowieka. Wszystko po to, żeby przeniknąć do świata tych niezwykłych istot, w którym człowiek nie jest w stanie oddychać, a plan jest prosty - dowiedzieć się jak najwięcej i wykorzystać tę wiedzę dla osiągnięcia zamierzonych celów, jeżeli trzeba niszcząc wszystko, co tylko stanie na przeszkodzie...

Proste?? Tylko do momentu, gdy nie zamkniemy oczu, by zobaczyć piękno w jego najczystszej postaci. Brzmi banalnie?? O nie, Pandora nie jest banalna, bo potrafi oddychać każdym swoim skrawkiem i każdą żyjącą na jej powierzchni istotą. Jest jak baśń i największe marzenie dziecka, które zawsze chciało móc dotknąć tęczy. Wszystko przez to, że sama potęga natury i jej wciąż niezgłębione tajemnice sprawiają, że człowiek nigdy nie będzie w stanie przejść obok niej obojętnie. W tym wszystkim tkwi jakaś niewysłowiona magia, której choć sami jesteśmy maleńką cząstką, nigdy nie będziemy w stanie dorównać, bo też nie o to chodzi! Z naturą ani jej pięknem nie można rywalizować! Zamiast tylko brać, trzeba również dawać. Zamiast niszczyć, pielęgnować. Żeby jednak móc to zrobić trzeba najpierw je dostrzec - spojrzeć wgłąb siebie i poczuć wewnętrzną więź z tą ogromną siłą, która nas otacza. I to właśnie zrobiłam kiedy tylko wyszłam z kina. Czułam się wolna i nie obchodziło mnie, co ludzie sobie pomyślą. Idąc chodnikiem bezwiednie zaczęłam wodzić dłonią po oblodzonym murku rozkoszując się skutkiem zderzenia dwóch tak różnych temperatur. Później wyciągnęłam w górę rękę, by pozwolić wiecznie zielonym igłom połaskotać opuszki moich palców. Stojąc na skrzyżowaniu dotknęłam chropowatej kory drzewa badając w skupieniu jej każdą najmniejszą nawet bruzdę. Wreszcie zapatrzona w bezkresną toń nieba z błędnym wzrokiem i błogim uśmiechem na twarzy o mało co nie wpadłam na Bogu ducha winnego człowieka, który zamiast skręcić w boczną uliczkę jak to zrobili jego koledzy, nie wiedzieć czemu zaczął iść w moim kierunku, co wywowało ogólną salwę śmiechu ;P Eh...

Na tym kończę dziś zapis moich wspomnień z pierwszej podróży wgłąb Pandory, gdzie błogim snem gdzieś w koronach drzew śpi mój avatar niecierpliwie czekając na kolejny dzień...

5 komentarzy:

  1. Myślę, że z chęcią obejrzę ten film ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo słyszałam o tym filmie. Nie tylko dobre ale i też negatywne opinie ukazywały się moim oczom. Jednak nadal mam ochotę go obejrzeć i czekam tylko na dobre towarzystwo i możliwość:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa recenzja :) film oglądałam dawno temu, ale nie podobał mi się.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że gdybym obejrzała go teraz jeszcze raz, to już nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Poza 3d też odegrało tu swoją rolę w odbiorze całości. Nie mniej jednak uważam "Avatara" za naprawdę przyjemny w odbiorze obraz :)

    OdpowiedzUsuń