niedziela, 29 września 2013

Barcelona bez... Barcelony

Tytuł: "Władca Barcelony"
Autor: LLorens Chufo
Liczba stron: 736
Wydawnictwo: Albatros
Okładka: miękka
Wymiary: 15,0x21,0


"Jeden z największych hiszpańskich bestsellerów ostatniego roku. Napisana z rozmachem powieść historyczna utrzymana w duchu i tematyce słynnej Katedry w Barcelonie. Barcelona, rok 1052. Wychowany w skrajnej nędzy Marti Barbany ma 19 lat, gdy trafia do pysznego i dumnego miasta. Oszołomiony możliwościami, jakie niesie ze sobą życie w metropolii, zrobi wszystko, aby stać się pełnoprawnym obywatelem, zasłużyć na miłość dziewczyny z bogatego rodu i odmienić swój los. Dzięki inteligencji i odwadze, a także smykałce do handlu stopniowo buduje fortunę i zyskuje powszechny szacunek. Są tacy, których bolą sukcesy odnoszone przez wiejskiego przybłędę, którzy nie cofną się przed niczym, by upokorzyć i zniszczyć Martiego. Jego historia splata się z dziejami hrabiego Ramóna Berenguera I, darzącego występną miłością Almodis z Marchii, hrabinę Tuluzy, który wciąga miasto w niebezpieczny konflikt." [Albatros]

Daleko tej książce np. do "Filarów ziemi" Folleta, a przedstawiona w niej Barcelona nie umywa się do tej z "Cienia wiatru" Zafona. Tak w ogóle do daleko tej książce do dobrej powieści. Niestety, bo nadzieje miała podobnej wielkości, jak jej gabaryty. Tymczasem dostałam "Władcę Barcelony" bez... Barcelony, bo opisów samego miasta jest jak na lekarstwo. Zamiast tego mamy czarno-białe średniowiecze, bo bohaterowie są z gruntu dobrzy, albo źli. Strasznie mnie to raziło, bo jak tu można polubić takiego nieskalanego młodzieńca albo chociażby znienawidzić nieustępliwego łotra, kiedy nie wydają się nam być po prostu... ludzcy? Co prawda Moncusi wyznaje na spowiedzi swoje grzechy, a Marti w końcu ulega namiętności, ale ogólnie są to bohaterowie nudni i przewidywalni. Zwłaszcza młody Barnaby, któremu w pierwszej połowie książki wszystko się udaje przez co jego losy nie są funta kłaków warte i wydają się doprawdy nierealne. Podobnie Moncusi, człowiek pozbawiony jakiegokolwiek honoru i zły do szpiku kości. Jego spowiedź była moim zdaniem tylko czysto taktycznym zabiegiem autora. Chodziło o to, żeby ksiądz Llobelt dostał czarno na białym potwierdzenie swoich domysłów, co i tak nie wniosło nic ciekawego do samej akcji, ani tym bardziej nie miało wpływ na Moncusiego.

Nie potrafię tego ująć słowami, ale cała ta historia została jakby spisana fakt po fakcie. Gładko, po kolei, w uproszczeniu, bez żadnego dreszczu emocji, który towarzyszył mi niejednokrotnie podczas lektury naprawdę dobrej książki. Ktoś postanawia napisać list i bez problemu zostaje on doręczony nadawcy, pomysły są realizowane bez jakichkolwiek komplikacji, odbicie więźnia przebiega bez żadnych niespodzianek, przekazanie okupu - ot, banalna wymiana, wydany wyrok jest bezproblemowo wykonany, wizyta w więzieniu załatwiona w trymiga, nagle znajduje się na wszystko dowód. Eh, mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Dobro w końcu triumfuje nad złem, a klimatu średniowiecza nie czuć ani na jotę.

Nie lubię takiego traktowania. Bez emocji, jak jakiegoś niemyślącego osobnika, któremu wszystko trzeba podać na tacy, jak najprościej, bo jeszcze nie daj Boże nie zrozumie albo się w tym wszystkim pogubi. Na końcu jeszcze obowiązkowo polukrować, żeby poczuł się zadowolony dostając swój happy end. Jedyną postacią godną uwagi i niejednoznaczną był dla mnie Delfin - królewski doradca, odgrywający czasem rolę błazna, bo już np. Ramon Berenguer I, to tylko zwykła marionetka w rękach demonicznej Almondis - zdeterminowanej chęcią posiadania władzy. Niby każda postać inna, ale tylko powierzchownie, bo daremno nam szukać jakiejś głębszej charakterystyki. Każdy ma swoją etykietkę i twardo siedzi w przydzielonej mu szufladce.

Kurcze nie wiem dlaczego, ale ta książka po prostu mi się nie podobała. Niby nie była zła, ale praktycznie wszystko mnie w niej drażniło. Jak już zdążyliście zauważyć, zastrzeżeń mam mnóstwo, a i tak nie poruszyłam wszystkich. Po prostu nie dla mnie takie pisanie. Nie i już, bo być może komuś innemu to, co mnie raziło bardzo się podoba. Na plus i jednocześnie na koniec jeszcze tylko dodam, że książka posiada dużą czcionkę i dość gładko mi się ją czytało. Szkoda, że równie gładko pewnie o niej zapomnę, ot zwykłe czytadło. Czy warto? Zdecydujcie sami i wybaczcie mi nadużywanie czarno-białych kolorów ;)

12 komentarzy:

  1. Tytuł ma intrygujący, ale biorąc pod uwagę Twoją opinię, na tym jej zalety się kończą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj, że to tylko moja subiektywna opinia ;) Niektórym książka może się bardzo podobać ;)

      Usuń
  2. Szkoda, że ci się nie podobała, bo mnie swego czasu zachwyciła. :( Ale inna sprawa, że czytałam ją właśnie w Barcelonie, toteż może nie zauważyłam braku opisów miasta, mając je za oknem? Ale tak to jest z literaturą - jednym się coś podoba, innym nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że Ci się podobała, bo po jej przeczytaniu odświeżyłam sobie Twoją recenzję i byłam zdumiona jak różnie ją odebrałyśmy. Takie są jednak uroki literatury ;)

      Usuń
    2. Albo miejsca, gdzie ją czytasz ;)

      Usuń
  3. Solidnie pomyślę, ale raczej skłonna jestem sobie odpuścić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeślibyś się zdecydowała, to powiem tylko tyle, że dzięki dużej czcionce w miarę szybko się ją czyta, więc pewnie lektura nie zajmie Ci dużo czasu ;)

      Usuń
  4. Jestem bardzo zaskoczona, bo słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat tej książki. Sama jej nie czytałam, choć rozważałam zakup, bo widziałam ją w promocji z Biedronce. A to taka recenzja ...
    kolodynska.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Służę swoim egzemplarzem i zapraszam do zakładki sprzedam/wymienię. Będziesz mogła sama się przekonać, czy książka Ci się podoba, czy jednak nie ;)

      Usuń
  5. Mimo Twojej opinii raczej po nią sięgnę w przyszłości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miłej lektury w takim razie życzę i jestem ciekawa Twoich wrażeń ;)

      Usuń
  6. Szkoda nerwów, ja sobie daruję :)

    OdpowiedzUsuń