sobota, 31 października 2015

"House of cards. Bezwzględna gra o władzę" Michael Dobbs

Tytuł: "House of cards. Bezwzględna gra o władzę"
Autor: Michael Dobbs
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Znak
Okładka: miękka
Wymiary: 14,5x20,5


To takie naiwne z mojej strony, ale rozczarowałam się, gdy na kartach tej powieści nie zastałam Francisa Underwooda i przygniotło mnie jak wielką ignorancją okazało się mniemanie, że amerykański serial z Kevinem Spacey jest pierwszą ekranizacją "House of cards". Hmm... musiałam to jakoś przełknąć i nie było łatwo, zwłaszcza na początku, bo jakoś mnie ta książka nie porwała. Bohaterowie wydali mi się jacyś inni, niż ci ukazani mi na ekranie. Nudniejsi, bez wyrazu i tacy jacyś... starzy, zwłaszcza Underwood. Ten książkowy zdecydowanie nie miał tyle ikry, co serialowy. Do czasu....

Książka gdzieś tak w połowie zaczyna się bowiem rozkręcać i czyta się ją coraz sprawniej i coraz szybciej, nawet jak na mój kompletny brak zainteresowania polityką. Tutaj przybiera bowiem ona formę manipulacji i to przerażającej, a wręcz śmiertelnej. Tak, tak, okładka nie kłamie, ktoś tu ma krew na rękach i niewiele sobie z tego robi. W końcu są wyższe cele, a żeby je osiągnąć trzeba być czasem bezwzględnym.

Przeraża mnie taki świat. Świat ludzi gotowych na wszystko i nie mających żadnych skrupułów. Świat, w którym "zaufanie" i "prawda" są pojęciami już nie tyle co przereklamowanymi, co powoli wręcz abstrakcyjnymi. I mam taki przebłysk: ile w tym prawdy? Czy polityka rzeczywiście jest w głównej mierze grą pozorów, układów i szantaży? Czy już naprawdę nie liczy się człowiek, a ważna jest tylko władza? I ten wszechobecnych strach pokonanych, którym karmią się zwycięzcy. Pławią się w nim i upajają jego ogromem... Brr!

Pomimo tego, że książka w drugiej połowie się rozkręca, to jednak uważam, że serial bije ją na głowę i zdecydowanie ma to "coś", czego powieści Dobbsa zwyczajnie brakuje. Jest po prostu nieszablonowy i pełen tak świetnie nakreślonych postaci, że nie sposób przejść obok niego obojętnie, a Kevin Spacey to już wręcz przeszedł samego siebie <3

Polecam zatem gorąco serial, a książkę to już według własnego uznania ;)

 

czwartek, 29 października 2015

"Jeździec miedziany" Paulina Simons

Tytuł: "Jeździec miedziany"
Autor: Paulina Simons
Liczba stron: 720
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 14,5x20,5


Chciałabym napisać coś niesamowitego na temat książki, ale wiem, że tak nie będzie, bo  te wszystkie kłębiące się teraz we mnie uczucia trudno ubrać w słowa. Tak, wiem - za bardzo to wszystko przeżywam, ale taka już jestem i nic na to nie poradzę. Może tak na dobrą sprawę nawet nie chcę? Bo ile jest osób, które po obejrzeniu filmu albo przeczytaniu książki potrafią nie spać całą noc wciąż na nowo roztrząsając dopiero co poznaną historię. Pewnie niewiele i bardzo dobrze, bo im mniej nieprzytomnie chodzących z niewyspania straszydeł na tym świecie, tym lepiej. Uwierzcie mi na słowo, takie zachowanie jest szalenie mało praktyczne :P

Ale ja praktyczna nigdy nie byłam, bo co powiecie o osobie, która przestawia zegarki w domu dopiero po trzech dniach od zmiany czasu z letniego na zimowy, robi sobie herbatę, zapomina o niej, po czym historia ta potrafi mieć puentę w postaci trzech pełnych kubków stojących na nocnym stoliku. Nie wspomnę już nawet o kupieniu trzech książek, zamiast nowej (potrzebnej mi!) pary spodni, czy też spaniu w jednym łóżku z książką na poduszce, szczotką do włosów, zeszłotygodniową listą zakupów i kartonikiem jednorazowych chusteczek - to taki przykładowy zestaw, zdarzają się ciekawsze. Ja po prostu zawsze byłam, jestem i mam nadzieję, że już na zawsze pozostanę niepoprawną romantyczką, chociaż jest to szalenie "nieżyciowe" i czasem wręcz w życiu przeszkadza.

Teraz, kiedy już troszkę o mnie wiecie, chyba nie będzie wielkim zaskoczeniem, gdy oświadczę, że zakochałam się w "Jeźdźcu miedzianym". Zakochałam się w Tatianie i Aleksandrze, utonęłam w morzu ich miłości, współczując im i jednocześnie zazdroszcząc.

Leningrad i II wojna światowa, jej początek. Tatiana ma 17 lat i mieszka przy Piątej Radzieckiej ze swoją rodziną: ukochanymi dziadkami, rodzicami, bratem bliźniakiem i starszą o 7 lat siostrą Daszą. 22 czerwca 1941 roku - tego dnia idzie po zakupy, ale ku jej zaskoczeniu w sklepach nie ma już żywności, przynajmniej takiej, którą można by dłużej przechować, a po taką została wysłana. Zrezygnowana, ale nie czująca jeszcze zbliżającego się zagrożenia kupuje sobie ulubione śmietankowe lody i siada na ławce przystanku czekając na autobus. I wtedy po drugiej strony ulicy pojawiła się on - Aleksander. Wysoki, przystojny i wystrojony w swój wyjściowy mundur Armii Czerwonej.

Co się stało dalej? Autobus przyjechał i odjechał, a Tatiana i Aleksander trwali na przystanku i zdecydowanie dłużej, niż przystało na nieznajomych wpatrywali się sobie w oczy. I ta chwila przesądziła o wszystkim, o całym ich przyszłym życiu. Ale nie, nie myślcie, że było kolorowo. Było niesprawiedliwie, boleśnie i nie do zniesienia. Okazało się, że Aleksander spotyka się z Daszą, która jest w nim bez reszty zakochana, że ma przyjaciół, którzy tak naprawdę są jego wrogami, że rzeczywistość, z którą przyjdzie im się zmierzyć jest przerażająca i że ta historia nie ma szans na happy end, którego tak bardzo pragnie czytelnik.

Tyle emocji, tyle złości na bohaterów, tyle zapierających dech momentów. Tyle... nieprawdopodobności i nie chodzi tu tyle o następujące po sobie wydarzenia, co o samych bohaterów. Ta dobroć, poświęcenie i miłość - to one są tutaj nieprawdopodobne. Jak patrzę na dzisiejszy świat, to mam wrażenie, że jest on bardzo... wyrachowany i że coraz mniej w nim właśnie miłości. A może to tylko moje złudzenie, bo taka miłość istnieje tylko w książkach albo na szklanym ekranie? Nie, nie chcę w to wierzyć! Bo gdzieś w głębi duszy o niczym innym nie marzę, jak właśnie kochać i być kochaną tak, jak Tatiana i Aleksander.

Nie pamiętam już kiedy ostatni raz lektura przyprawiła mnie o bezsenność i kiedy tak bardzo ją przeżywałam....


poniedziałek, 26 października 2015

"Mademoiselle Chanel" C. W. Gortner

Tytuł: "Mademoiselle Chanel"
Autor: C. W. Gortner
Liczba stron: 588
Wydawnictwo: Między Słowami
Okładka: twarda
Wymiary: 14,5x22,5



"Beaux podał mi buteleczkę z numerem pięć. Ta cyfra była moim talizmanem, który dostrzegałam na kamiennych płytach w Aubazine (klasztor, w którym dorastała Coco Chanel - przyp. Chomika) i w symbolach gwiazd. Zamierzałam właśnie pochylić się nad kolejną próbką, kiedy usłyszałam w tyle głowy głos przeoryszy, tak głośny, jakby stała tuż przy mnie w swoim habicie:

Wiatr, ziemia, ogień, woda i najważniejszy spośród nich: duch. Wszystko, co wokół siebie widzimy, składa się z tych pięciu żywiołów. Piątka to najświętsza cyfra na firmamencie.

I wtedy wciągnęłam powietrze.
Trwało to dosłownie chwilę. Coś się we mnie poruszyło, rozbudziły się na nowo wspomnienia (...) Nagle zadrżałam i gwałtownie przysunęłam dłoń do twarzy, żeby ukryć napływające mi do oczu łzy. (...)
- To właśnie to - wyszeptałam. - To ten zapach."* 

Perfumy "Chanel No. 5" są znane na całym świecie, ale czy wiemy cokolwiek o samej Chanel?

Urodzona w wielodzietnej ubogiej rodzinie. Wcześnie osierocona przez matkę i porzucona przez ojca. Wychowana w klasztorze. Niezwykle utalentowana. Gabrielle Chanel nie miała lekkiego życia. Wszystko do czego doszła zawdzięczała ciężkiej pracy i okupiła cierpieniem. Pomimo licznych sukcesów i sławy jej historia jest przesiąknięta smutkiem i przypomina ciągłą walkę.

Znając już trochę autora wiedziałam, że mogę liczyć na kawał dobrej prozy i się nie przeliczyłam. Gortner przedstawia nam historię Chanel jej oczami, co jest przeżyciem niezwykłym i czyni z lektury niemalże intymne spotkanie z największą ikoną mody XX wieku. Już od pierwszych kart powieści zostajemy wciągnięci w wir zdarzeń tym bardziej poruszających, bo prawdziwych i pełnych emocji.

Postać Coco Chanel budzi moje skrajne uczucia - od podziwu, przez współczucie, po momentami pewien niesmak. Poświęcanie pewnych wartości by osiągnąć cel, odsunięcie się od rodziny, nałogi... To wszystko czyni z Gabrielle postać niebywale kontrowersyjną. Ale jedno jest pewne - ta kobieta miała charakter i potrafiła wykorzystać swój talent. Nie sposób nie wspomnieć, że pomagały jej w tym liczne romanse, dzięki którym to najpierw otworzyła sklep z kapeluszami, by później zawojować świat mody swoją małą czarną i dewizą, że mniej znaczy więcej. Nie sposób jednak jednoznacznie oceniać jej zachowania, ponieważ żadna z decyzji, które przyszło jej podejmować nie należała do łatwych.

Mawiała, że jest tylko kobietą. Zatem wyobraźcie sobie, że ta kobieta przeżyła dwie wojny światowe, śmierć ukochanego, walkę z uzależnieniem, liczne zdrady... i nigdy się nie poddała. Nic zatem dziwnego, że pamięć o niej, jak i wszystko to, co stworzyła przetrwało do dziś. 
Jednak  po lekturze nie sposób się oprzeć wrażeniu, że całe jej dziedzictwo spowite jest nieuchwytnym smutkiem, który bezskutecznie goni za szczęściem podobnie jak ona sama czyniła to za życia.

Nie spodziewałam się, że ta historia, aż tak mnie pochłonie. I zaręczam wam, że nie trzeba interesować się modą, by dać się zafascynować postacią Coco Chanel. Jestem książką wprost oczarowana i oficjalnie dodaję autora do moich ulubionych. Z pewnością też sięgnę w przyszłości po inne książki opisujące życie Chanel.

*str. 313-314 "Mademoiselle Chanel" C.W. Gortner 


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa: 



wtorek, 6 października 2015

"Zanim spłonę" Gaute Heivoll

Tytuł: "Zanim spłonę"
Autor: Gaute Heivoll
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 13,0x21,5


Ta książka, to miało być studium psychologiczne podpalacza, tymczasem ja dostrzegłam w niej jedynie niepełny portret człowieka, w którym dokonała się nagła i niewyjaśniona przemiana. Dag, syn Almy i Ingemanna wyjechał ze swojej rodzinnej wioski, służył jakiś czas w wojsku, a później wrócił i... już nigdy nie był sobą. Co się stało, tak naprawdę nie wie nikt, w związku z czym nie można tu mówić o żadnej genezie szaleństwa. Po prostu nagle spokojny krajobraz norweskiej wsi zakłócił piroman - postać zupełnie abstrakcyjna i odarta z jakichkolwiek ludzkich cech. On sobie jest, ale nic poza tym o nim nie wiemy - nie poznajemy żadnych jego przemyśleń ani też motywów zachowania. Nie ma w tym krzty emocji, człowieczeństwa, refleksji...

Dodatkowo historia ma dwa tory. Na jednym z nich biegnie wyżej wspomniany Dag, skandynawski troglodyta z pochodnią w dłoni i szaleństwem w oczach, który podpala wszystko, co stanie mu na drodze - po czym pędzi niczym heros, by stłumić i ugasić wzniecony przed chwilą pożar. Na drugim torze zaś mamy samego autora, który kroczy po zgliszczach zostawionych przez piromana i próbując odtworzyć jego historię wylewa przed nami swe życiowe żale i wywleka nierozwiązane sprawy z przeszłości. I tak jakoś nie wiadomo, co ma jedno do drugiego ani na czym tak naprawdę człowiek ma się skupić.

Całość nuży i jak na złość nie ma żadnego punktu kulminacyjnego ani wyraźnej puenty. Thrillera w tym za grosz, więc mości Panie i Panowie pozwólcie, że Wam tym razem lekturę zdecydowanie odradzę.


niedziela, 4 października 2015

"Bajki, które zdarzyły się naprawdę" Anna Moczulska

Tytuł: "Bajki, które zdarzyły się naprawdę"
Autor: Anna Moczulska
Liczba stron:  320
Wydawnictwo: Znak Literanova
Okładka: twarda
Wymiary: 13,5x21,5


Zwykło się mawiać, że "życie to nie bajka", ale czy aby na pewno? Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Księżniczka na ziarnku grochu, Piękna i Bestia, Królewna Śnieżka... Każdy doskonale zna ich historie i wie, że pomimo zupełnie różnego przebiegu zdarzeń łączy je jedno - szczęśliwe zakończenie, czyli coś czego tak często brak w prawdziwym życiu. Bo życie doprawdy potrafi pisać o wiele barwniejsze i... dramatyczniejsze scenariusze. Niemniej jednak zdarza się, że  można w nim odnaleźć elementy bajki i tak też zrobiła autorka. Anna Moczulska sięgnęła do historii znanych kobiet, których losy momentami zdumiewająco pokrywają się z losami wspomnianych wyżej bajkowych postaci. 

Mamy więc Zofię Chotek w roli Kopciuszka, który oczarował arcyksięcia Franciszka Ferdynarda i można by rzec, że żyli długo (jeśli można tak określić wspólnych czternaście lat) i szczęśliwie, dopóki ich bajki nie zakończył w 1914 roku zamach w Sarajewie. Dalej poznajemy m.in. trzy śpiące królewny-Jagiellonki, czyli najmłodsze córki królowej Bony: Annę, Katarzynę i Zofię, których życie dopiero u jego schyłku nabrało rozpędu, a wcześniejsze lata?-zapytacie. Cóż, wygląda na to, że niejako je przespały... W roli księżniczki na ziarnko grochu wkroczy na scenę wnuczka Marii Tudor - Jane Grey, która swoje pochodzenie przypłaci życiem poniewieranej przez świat marionetki w rękach żądnych władzy krewnych. Ale poczekajcie na Piękną i jej Bestię. Mnie szczególnie zapadła w pamięć historia Joanny zwanej Szaloną i Filipa Pięknego. Być może dlatego, że za sprawą książki Gortnera pt. "Ostatnia Królowa" Joanna wcale nie jawi mi się jako bestia, lecz jako "zakochana księżniczka, której nikt nigdy nie kochał" - co pozwolę sobie powtórzyć za Moczulską przywołałującą słowa hiszpańskiego poety Federico Garcii Lorca. A Królewna Śnieżka, której zatrute jabłko podała Zła Królowa, to nie kto inny jak Barbara Radzwiłłówna, której śmierć przypisywano złym urokom rzucanym przez jej okrutną teściową - królową Bonę Sforzę.

Książkę czytało mi się naprawdę dobrze, lecz z przerwami. Dla mnie były one nieodzowne, by wszyscy bohaterowie nie zlali się w jedno, bo przeskoków w czasie i podróży po Europie mamy tu aż nazbyt wiele. Ta mnogość postaci powoduje, że "Bajki..." traktuję jako historyczną ciekawostkę. Taki katalizator do własnych poszukiwań i dalszego poznawania losów naszych bohaterek, czy to w przekładach historycznych, czy fikcyjnych powieściach. I o ile do ściśle historycznych lektur mnie szczególnie nie ciągnie, o tyle świetnie z historyczną fikcją radzi sobie wspomniany przeze mnie wyżej Gortner albo chociażby Philippa Gregory, którzy skutecznie udowadniają, że historia wcale nie musi być nudna. I po których dzieła na pewno sięgnę jeszcze nie raz w przyszłości.

Na koniec jeszcze muszę wspomnieć, że dużym plusem "Bajek..." są zamieszczone w nich ilustracje naszych kopciuszków, księżniczek i królewien, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło i zdecydowanie urozmaiciło lekturę ;)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: