środa, 29 sierpnia 2012

"Jutro. Nie ma już żadnych zasad." John Marsden

Tytuł: "Jutro. Nie ma już żadnych zasad."
Autor: John Marsden
Liczba stron: 227
Wydawnictwo: Znak
Okładka: miękka
Wymiary: 14,5x21,0

Tom I

"Mam na imię Ellie. Kilka dni temu wybraliśmy się w siedem osób na wyprawę do samego Piekła. Tak nazywa się niedostępne miejsce w górach. Wycieczka była próbą naszej przyjaźni. Niektórych z nas połączyło nawet coś więcej. Szczęśliwi wróciliśmy do domu. Ale to był powrót do piekła. Znaleźliśmy martwe zwierzęta, a nasi rodzice i wszyscy mieszkańcy miasta zniknęli.

Okazało się, że naszego świata już nie ma.
Że nie ma już żadnych zasad.
A jutro musimy stworzyć własne." [Znak]


Przeczytałam mnóstwo recenzji na jej temat i trudno mi było znaleźć jakąś negatywną, dlatego też bardzo chciałam tę książkę przeczytać. Zdawałam sobie sprawę, że jest to literatura młodzieżowa. Są jednak książki, które choć dedykowane dla dzieci/młodzieży mają w sobie pewną uniwersalność i ponadczasowość, co sprawia że sięgamy po nie więcej niż jeden raz i to nawet jako dorośli. "Jutro" niestety do nich nie należy. Jest raczej z gatunku tych zwykłych czytadeł, które to pochłania się szybko i nie bez przyjemności (co muszę przyznać), lecz równie szybko się o nich zapomina.

Język książki jest prosty. Wszak wydarzenia są spisane z perspektywy nastolatki. Wiem, że taka najwidoczniej miała być konwencja tej książki. Mnie jednak ona nie do końca przekonała. Takie to wszystko zbyt uproszczone i płytkie mi się wydało. Ponieważ nie chcę wystawiać tej książce całkiem negatywnej opinii na plus powiem, iż podobała mi się atmosfera niepewności i niepokoju, którą udało się autorowi wykreować. Udzieliła mi się podczas lektury, zwłaszcza w momencie powrotu naszych bohaterów z górskiej wycieczki i dokonania tego jakże makabrycznego odkrycia, jakim była wszechobecna pustka i martwota. Naszła mnie przy tym pewna refleksja, a mianowicie jak ja bym zareagowała, gdyby coś takiego miało miejsce w moim świecie, ba! w moim życiu. Czyste przerażenie i paraliż to pierwsze reakcje jakie przychodzą mi na myśl. Temat książki jest naprawdę wstrząsający.

Cóż, czytało się szybko, czytało się dobrze, ale czegoś mi po prostu zabrakło. Do grona fascynatów na pewno nie dołączę. Czy sięgnę po więcej? Sama nie wiem. Może Wy mnie przekonacie? :)



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z półki"



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Smażone, zielone pomidory" Fannie Flagg

Tytuł: "Smażone, zielone pomidory"
Autor: Fannie Flagg
Liczba stron: 338
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Okładka: miękka
Wymiary: 12,0x18,0


"Rozczulająca i wzruszająca, tryskająca humorem i dramatyczna opowieść o zwykłych ludziach. Kiedy siwowłosa Cleowa Threadgoode opowiada historię swego życia kobiecie, która pogrążyła się w smudze cienia wieku średniego, przenosi się myślami do Albany lat trzydziestych. We wspomnieniach wraca kawiarnia Whistle Stop, która ma dla swych gości dobrą pieczeń, mocną kawę, namiętności, uczucia, śmiech, a nawet... zbrodnię." [Zysk i S-ka]

Książka idealna na wakacje! Nie rzucaliście słów na wiatr polecając mi tę pozycję. Pamiętam, że na którymś z przeglądanych przeze mnie blogów znalazła się wręcz na liście książek, które trzeba przeczytać przed śmiercią. Zaintrygowała mnie i czym prędzej znalazła się na liście poszukiwanych przeze mnie pozycji.

Autorka prowadzi akcję w kilku wymiarach ukazując nam czasy w powieści współczesne oraz wydarzenie sprzed nawet kilkudziesięciu lat. Przy czym pojęcie chronologii jest jej obce, a sąsiednie kartki zamieszkują na przemian wydarzenia wcześniejsze i późniejsze. Na początku może to być trochę mylące, gwarantuję jednak, że z czasem idzie się przyzwyczaić do przyjętego przez Panią Flagg sposobu prowadzenia powieści oraz odkryć jego niewątpliwy urok.

Trochę o fabule? Wszystko kręci się wokół Whistle Stop. Małej kawiarni prowadzonej przed Idgie i Ruth. To tam wędrują wszystkie wspomnienia Ninny Threadgoode podczas coniedzielnych spotkań z Evelyn Coach.  Staruszka snuje swą opowieść z niegasnącym uśmiechem na twarzy, a autorka uzupełnia ją licznymi retrospektywnymi wtrąceniami, dzięki czemu bohaterowi stają się nam z każdą przeczytaną stroną coraz bliżsi i wyraźniejsi.

Bardzo miło spędziłam czas z tą książką. Wiele fragmentów szczerze mnie rozbawiło. Do tej pory pamiętam motyw z ptakami podsłuchującymi rozmowy telefoniczne poprzez swoje małe, chude nóżki :) Dawno nie czytałam czegoś, co byłoby tak pozytywne, ciepłe i kojące jak "Smażone, zielone pomidory" :) Polecam!

środa, 22 sierpnia 2012

A kuku!


Uff... W końcu udało mi się do Was wygramolić :) Tam po drugiej stronie, tam skąd przybywam są... WAKACJE. Mówię Wam, okropne z nich stwory, wymagają nieustannej uwagi i pochłaniają praktycznie cały mój czas, przez co nie mogę się z Wami spotykać tak często, jak bym sobie tego życzył. Dzisiaj udało mi się wyrwać na chwilę, ale ciii... Bo jak tylko mnie tu zobaczą, to zapewne zaraz złapią za moje małe bezbronne nóżki po drugiej stronie i wciągną do środka.

Skoro już mamy chwilę dla siebie chciałabym Wam opowiedzieć o tym jak przeżyłam ostatnio wielki książkowy zawód. Zaczęło się od tego, że wysłałam zaproszenie na herbatę Panu Ericowi Emmanuelowi Schmittowi: "Szanowny Panie, może zechciałby mnie Pan ponownie odwiedzić i przy filiżance dobrej herbaty, opowiedzieć jedną z tych swoich jakże fascynujących historii? Pański serdeczny przyjaciel - tikichomiktaki." Jakże się ucieszyłam, gdy otrzymałam pozytywną odpowiedź! Pan Schmitt raczył mnie tym razem opowieścią o "Oskarze i Pani Róży". Trzeba Wam wiedzieć, że historia Oskara od samego początku zyskała moją sympatię, dlatego też za pozwoleniem autora zaczęłam ją zapisywać. Razem z rosnącym wokół mnie stosikiem zapisanych kart rosła i moja ciekawość. Wtem, mój gość zbyt łapczywie przyłożył do ust podaną mu filiżankę i nieszczęśliwie zakrztusił się jeszcze zbyt gorącą herbatą. A taka pyszna była! Biała, poziomkowa z mandarynką :) W każdym bądź razie Pan Schmitt stracił wątek i zamiast podyktować mi kolejną - 50 stronę swej historii wrócił do wydarzeń ze strony 37! Dalej było już tylko gorzej. Nie dość, że powtarzał to, co już zdążyłam zapisać, to jeszcze nie potrafił logicznie kontynuować swej historii i miałam wrażenie, że przeszedł prosto do zakończenia. Nie widziałam sensu tego słuchać, dlatego też z bólem serca wyrzuciłam mego gościa za drzwi. Smutno mi było niezmiernie, cóż jednak taka biedna ja - mały chomik - miała począć w obliczu takiej zniewagi?

Musiałam Wam się wyżalić, ponieważ nie dość, że bardzo chciałam tę książkę przeczytać, to tu jeszcze takiego potężnego chochlika drukarskiego mi zaserwowano. Całe szczęście, że książeczka nie kosztowała mnie zbyt wiele. Nawet mogę powiedzieć, że teraz już wiem dlaczego była taka tania. Żeby jednak nie zostawiać Was sam na sam tylko z tą smutną historią powiem Wam, że moja biblioteczka w ostatnim czasie po raz kolejny powiększyła swoje zasoby, a ja mam dla Was w niedługim czasie kolejne recenzje i opowieści. Teraz już niestety muszę uciekać, ponieważ czuję, że w prawą stópkę łaskocze mnie wskazówka zegarka usilnie próbując zwrócić moją uwagę w innym kierunku. Także, do następnego spotkania moi mili! Pozdrawiam i życzę wszystkim udanych spotkań z Waszymi własnymi WAKACJAMI :)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> "Moneyball" and "The show"

Tytuł: "Moneyball"
Gatunek: dramat, biograficzny, sportowy
Produkcja: USA
Reżyseria: Bennett Miller
Scenariusz: Aaron Sorkin, Steven Zaillian

"Historia managera klubu baseballowego Oakland Athletics Billy'ego Beane'a, który postanowił wykorzystać w swojej pracy analizy komputerowe. Dzięki temu, jego drużyna ma lepsze wyniki i może zmagać się z lepszymi zespołami, mimo złej sytuacji finansowej." [Filmweb]

Gdzie tam Chomikowi do baseballu, nawet zasad dobrze nie zna. Spytacie w takim razie dlaczego zdecydował się na seans? Ano z racji oscarowych nominacji, ponieważ jak co roku, niemalże za punkt honoru stawia sobie zacny cel, jakim jest zapoznanie się ze wszystkimi nominowanymi dziełami. Czyni to w nadziei wyłowienia prawdziwych pereł z tego coraz bardziej zatrutego morza filmowych produkcji, które nas co roku zalewa. I za taką perełkę może uznać właśnie "Moneyball".

Film o sporcie? Ależ skąd! To tylko tło właściwego tematu, jakim jest ludzka natura. Zamiast zawrotnej akcji triumf święcą dialogi, a niemalże całą uwagę widza absorbują bohaterowie skrojeni nie inaczej, jak na miarę Oscara. Wystarczy przypomnieć sobie Brada Pitta jako człowieka podążającego za marzeniami wbrew powszechnej krytyce otoczenia oraz partnerujących mu Jonaha Hilla oraz Philipa Seymoura Hoffmana. Panowie pokazali klasę.


Porządny warsztat i oprawa ukazująca w dodatku prawdziwą historię. Czego chcieć więcej?

P.S. Nawet Lenka i jej "The show" zyskały moją sympatię po seansie :)



piątek, 10 sierpnia 2012

"Kaznodzieja" Camilla Läckberg

Tytuł: "Kaznodzieja"
Autor: Camilla Läckberg
Liczba stron: 440
Wydawnictwo: Czarna Owca
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x21,0
Tom II


"Akcja drugiej powieści kryminalnej Camilli Läckberg, tak jak poprzedniej, rozgrywa się w Fjällbace, małej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu w Tanumshede stają przed bardzo skomplikowaną zagadką. Jaki jest związek między morderstwem młodej kobiety, której zwłoki odnaleziono w Wąwozie Królewskim, a sprawą sprzed dwudziestu pięciu lat, dotyczącą zaginięcia dwóch dziewczyn? Prawda okazuje się okrutniejsza, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać..." [Czarna Owca]

Tak się złożyło, że musiałam przerwać lekturę "Zielonych, smażonych pomidorów" i zabrać się niezwłocznie za "Kaznodzieję". Powód? Pani w bibliotece powiedziała, że nie ma tak dobrze i z racji tego, że ktoś już sobie zdążył zarezerwować tę książkę, nie mogę dokonać jej prolongaty na kolejny miesiąć. Co tu dużo mówić. Posmutniał Chomik na moment, lecz chwilę później pomyślał, że taka sytuacja jest doskonałym motywatorem i zabrał się za czytanie. Oczywiście licząc się z kosztami jakie poniesie przetrzymując książkę u siebie kilka "nadprogramowych" dni :P

Podobnie jak pierwszy tom, ten też pochłonęłam sprawnie i szybko. Miło było spotkać dobrze znanych już Chomikowi bohaterów oraz dowiedzieć się, że dobrze im się wiedzie w życiu osobistym. Jako, że Erica jest w zaawansowanej ciąży, tym razem na placu boju zostaje tylko Patrick oraz jego koledzy po fachu. Przed nimi kolejna zagadka do rozwikłania i dla przeciwwagi tym razem towarzyszy im przy tym niemiłosierna fala upałów. Trzy morderstwa - jeden schemat. Czyżby mordercą była ta sama osoba? Trop prowadzi do zwaśnionej rodziny Hultów. 

25 lat temu Gabriel zeznał, że widział jedną z zaginionych wówczas dziewczyn w jadącym aucie, którego kierowcą był jego brat Johannes. Niestety główny podejrzany w niedługim czasie popełnia samobójstwo i sprawa kończy swój bieg. Policjanci będą jednak zmuszeni do niej wrócić po tym jak w wąwozie znalezione zostaje ciało młodej dziewczyny ułożone na dwóch szkieletach, które należą do zaginionych w 1979r. dziewczyn. Wszystkie zginęły w ten sam bestialski sposób. Co przyniesie ze sobą prowadzone śledztwo? Jaki udział w nim będą mieli wspomniani wyżej bracia oraz ich ojciec - tytułowy kaznodzieja? Uwierzcie mi, że ta rodzina skrywa niejeden sekret, ale o tym już przekonacie się sami podczas lektury.

Moje wrażenia? Dużo było głosów krzyczących, że "Kaznodzieja" przewyższa "Księżniczkę...". Czy ja wiem... Postawiłabym je chyba na równi, co i tak ma wydźwięk pozytywny, ponieważ zarówno pierwsza, jak i druga część zaskarbiła sobie moją sympatię. Nie uważam ich jednak za książki wybitne, daleko im do tego. Raczej jako poczytne i idealne na zabicie czasu pomiędzy ambitniejszymi lekturami. Takie będące chwilą oddechu. Co do domyślania się kto zabił, to mi też rozwiązanie wydało się zbyt oczywiste. Tak oczywiste, że aż mnie trochę zaskoczyło, bo kombinowałam na różne sposoby :P Nie mniej jednak motyw i całe podłoże zbrodni były dobrze przedstawione i wiarygodne. Na pewno będę czytała dalej, gdyż oprócz zagadek kryminalnych, ciekawa jestem dalszych losów naszych bohaterów :)

środa, 8 sierpnia 2012

"Filary ziemi" Ken Follett

Tytuł: "Filary ziemi"
Autor: Ken Follett
Liczba stron: 832
Wydawnictwo: Albatros
Okładka: miękka

Wymiary: 14,5x20,5


Średniowieczna Anglia w XII wieku (1123-1170) - w tle wojna domowa, konflikty na tle religijnym, spory o sukcesję na angielskim tronie i (kończące książkę) zabojstwo Tomasza Becketa, arcybiskupa Canterbury, przez rycerzy krola Henryka II. Walka o władzę, intrygi, seks, miłość, zdrada, mroczne tajemnice i zbrodnie, akty nienawiści i desperacji - to wszystko zawiera fabuła tej porywającej opowieści, osnuta jest wokół trwającej blisko czterdzieści lat budowy wielkiej katedry Kingsbridge. [Albatros]
Musicie mi wybaczyć lakoniczność, ale choróbsko i zmęczenie robią swoje. Bo jak już Chomik myli żel pod prysznic z szamponem i czuje truskawki w śliwkowym jogurcie, tzn. że coś jest na rzeczy. Kicham, prycham, smarkam i tracę głos, a wraz z nim troszkę i wenę do pisania, dlatego będzie krótko i mam nadzieję w miarę rzeczowo. 

Pamiętam, że gdy wybierałam się do biblioteki z zamiarem wypożyczenia tej książki w życiu nie spodziewałam się ujrzeć ponad 800-stronicowego tomiska. Jak nietrudno zgadnąć, mimo mej niewątpliwej słabości do książkowych grubasków, zabrałam się do niej na samym końcu. Trochę czasu przyszło mi z nią spędzić, dzięki czemu i książka kawałek świata zobaczyła - od kołobrzeskich plaż do woodstockowego pola. Myślę, że lektura zajęła mi sporo czasu zwłaszcza przez te wojaże (nie zawsze był na nią czas), gdyż jak już się zacznie czytać "Filary..." to wprost nie idzie się od nich oderwać! Brawo Panie Follett! I pomyśleć, że mam na półce jeszcze 3 inne jego dzieła, a poznać mi się przyszło z nim dopiero dzięki ich bibliotekowej koleżance.

Opis nie kłamie, a to rzadkość normalnie. Fabuła porywa, bohaterowie wzbudzają mnóstwo emocji, a klimat jest wprost niesamowity. Język autora jest prosty, lecz nie pospolity, akcja ciekawa i pełna zwrotów, a postacie szczegółowo nakreślone. Pięknie została ukazana odwieczna walka dobra ze złem oraz średniowieczne realia. Ja jestem wprost oczarowana tym wszystkim, co autor mi zaserwował. Świetna lektura i nie zrażajcie się proszę jej gabarytami, lecz rozkoszujcie się nimi. Planuję w najbliższym czasie zapoznać się również z serialem o tym samym tytule i oczywiście kontynuacją książki. Myślę, że warto. Oglądał/czytał ktoś?

wtorek, 7 sierpnia 2012

"Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafon

Tytuł: "Książę Mgły"
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Liczba stron: 200
Wydawnictwo: Muza
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x20,5


"Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą." [Muza]

Ogromne rozczarowanie. Ja rozumiem, że debiut. Rozumiem też, że książka dla młodszych czytelników, chociaż we wstępie czytałam, że miała być uniwersalna. Szczerze wątpię, czy taka jest. Uniwersalna może być "Ania z Zielonego Wzgórza", czy "Dzieci z Bullerbyn", do których to tytułów można wracać w każdym wieku, ale niestety nie "Książę Mgły". Dlaczego? Ponieważ nie można w kółko czytać czegoś tak powierzchownego i w gruncie rzeczy nudnego. 

W powietrzu czuć już powoli Zafona i klimat jego późniejszych powieści, nie mniej jednak ta książka jest dla mnie jak przydługie opowiadanie - brak w niej odpowiedniego zgłębienia i wykorzystania tematu, nie mówiąc już o bladych i bezbarwnych postaciach, które były mi podczas lektury całkowicie obojętne. Jakieś plusy? Czyta się szybko, wystarczy jedno popołudnie. Sunęłam sprawnie po kartkach, choć przyznaję, że przez ostatnie 50str wyłapywałam tylko najważniejsze informacje. Nie miałam jakiejś specjalnej ochoty na dokładną lekturę. Nie polecam, ale też nie odradzam, chociaż osobiście jestem na nie.