środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt, czyli kilka zimowych tytułów ;)

Chociaż pogoda za oknem nie nastraja zbytnio świątecznie, to ten czas już nadchodzi. Jutro Wigilia i jeśli nie ma śniegu za oknem, to może warto zajrzeć tam, gdzie jest go pełno?

Tak się zastanawiałam ile świątecznych tytułów mogłabym Wam polecić i przychodzą mi do głowy tylko trzy, dlatego też reszta poniżej wymienionych będzie podlegała pod kategorię "chcę przeczytać" i nie będzie ograniczona tylko przez Boże Narodzenie.

Niech zakróluje zima!

"Opowieść wigilijna" Charles Dickens

Książka przeze mnie już praktycznie doszczętnie zapomniana.

Może dlatego, że była lekturą szkolną?

W każdym bądź razie chyba też najbardziej znana w kontekście Świąt, więc nie trzeba jej nikomu bliżej przedstawiać.






"Ominąć Święta" John Grisham

Rewelacyjna, choć niepozorna. Myśleliście kiedyś o tym, żeby nie obchodzić Świąt?

Moją recenzję znajdziecie tutaj -> klik

Książka doczekała się również ekranizacji, której pewnie i w tym roku możemy wypatrywać na ekranach naszych telewizorów http://www.filmweb.pl/Swieta.Last.Minute


"Podarunek" Cecelia Ahern

Sympatyczny tytuł, aczkolwiek nie jest to literatura najwyższych lotów.

Świąteczna atmosfera, radykalna przemiana bohaterów, to wszystko już było, ale można poczytać, żeby umilić sobie ten świąteczny czas.

Moją recenzję znajdziecie tutaj -> klik




I to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o te przeczytane. Teraz czas na must read ;)

"Everst. Na pewną śmierć" Beck Weathers

W sumie to dziwne, bo akurat w tym przypadku mam większą chrapkę na film, ale książkę również chętnie przeczytam ;)








"Święta z kardynałem" Fannie Flagg

Jako, że kiedyś urzekły mnie "Smażone zielone pomidory" jestem przekonana, że autorka stworzyła równie niezwykłą, tym razem świąteczną książkę ;)







"Stokrotki w śniegu" Richard Paul Evans

Nie znam autora, a podobno nieźle pisze.
Może czas się o tym przekonać?








"Lód" Jacek Dukaj

Jeden z najczęściej nagradzanych polskich pisarzy fantastycznych. Potrzeba jeszcze innej rekomendacji?








"Święta z Anią i inne opowiadania Bożonarodzeniowe" Lucy Maud Montgomery

Czy jak Wam powiem, że jestem fanką Ani, to muszę jeszcze coś dodawać? :D







"Gra o tron" Gerge R.R. Martin

Because winter is coming!

Szkoda, tylko że u nas tak się ociąga :P







"Dom sióstr" Chalotte Link

Bardzo, bardzo chcę ją przeczytać, a na półce mam już 2 inne książki tej autorki.








Dorzucilibyście jeszcze coś od siebie do tych propozycji?

I oczywiście życzę wszystkim Wesołych Świąt! Dużo zdrowia, miłości i spokoju.

Wasz Chomik :*


sobota, 31 października 2015

"House of cards. Bezwzględna gra o władzę" Michael Dobbs

Tytuł: "House of cards. Bezwzględna gra o władzę"
Autor: Michael Dobbs
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Znak
Okładka: miękka
Wymiary: 14,5x20,5


To takie naiwne z mojej strony, ale rozczarowałam się, gdy na kartach tej powieści nie zastałam Francisa Underwooda i przygniotło mnie jak wielką ignorancją okazało się mniemanie, że amerykański serial z Kevinem Spacey jest pierwszą ekranizacją "House of cards". Hmm... musiałam to jakoś przełknąć i nie było łatwo, zwłaszcza na początku, bo jakoś mnie ta książka nie porwała. Bohaterowie wydali mi się jacyś inni, niż ci ukazani mi na ekranie. Nudniejsi, bez wyrazu i tacy jacyś... starzy, zwłaszcza Underwood. Ten książkowy zdecydowanie nie miał tyle ikry, co serialowy. Do czasu....

Książka gdzieś tak w połowie zaczyna się bowiem rozkręcać i czyta się ją coraz sprawniej i coraz szybciej, nawet jak na mój kompletny brak zainteresowania polityką. Tutaj przybiera bowiem ona formę manipulacji i to przerażającej, a wręcz śmiertelnej. Tak, tak, okładka nie kłamie, ktoś tu ma krew na rękach i niewiele sobie z tego robi. W końcu są wyższe cele, a żeby je osiągnąć trzeba być czasem bezwzględnym.

Przeraża mnie taki świat. Świat ludzi gotowych na wszystko i nie mających żadnych skrupułów. Świat, w którym "zaufanie" i "prawda" są pojęciami już nie tyle co przereklamowanymi, co powoli wręcz abstrakcyjnymi. I mam taki przebłysk: ile w tym prawdy? Czy polityka rzeczywiście jest w głównej mierze grą pozorów, układów i szantaży? Czy już naprawdę nie liczy się człowiek, a ważna jest tylko władza? I ten wszechobecnych strach pokonanych, którym karmią się zwycięzcy. Pławią się w nim i upajają jego ogromem... Brr!

Pomimo tego, że książka w drugiej połowie się rozkręca, to jednak uważam, że serial bije ją na głowę i zdecydowanie ma to "coś", czego powieści Dobbsa zwyczajnie brakuje. Jest po prostu nieszablonowy i pełen tak świetnie nakreślonych postaci, że nie sposób przejść obok niego obojętnie, a Kevin Spacey to już wręcz przeszedł samego siebie <3

Polecam zatem gorąco serial, a książkę to już według własnego uznania ;)

 

czwartek, 29 października 2015

"Jeździec miedziany" Paulina Simons

Tytuł: "Jeździec miedziany"
Autor: Paulina Simons
Liczba stron: 720
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 14,5x20,5


Chciałabym napisać coś niesamowitego na temat książki, ale wiem, że tak nie będzie, bo  te wszystkie kłębiące się teraz we mnie uczucia trudno ubrać w słowa. Tak, wiem - za bardzo to wszystko przeżywam, ale taka już jestem i nic na to nie poradzę. Może tak na dobrą sprawę nawet nie chcę? Bo ile jest osób, które po obejrzeniu filmu albo przeczytaniu książki potrafią nie spać całą noc wciąż na nowo roztrząsając dopiero co poznaną historię. Pewnie niewiele i bardzo dobrze, bo im mniej nieprzytomnie chodzących z niewyspania straszydeł na tym świecie, tym lepiej. Uwierzcie mi na słowo, takie zachowanie jest szalenie mało praktyczne :P

Ale ja praktyczna nigdy nie byłam, bo co powiecie o osobie, która przestawia zegarki w domu dopiero po trzech dniach od zmiany czasu z letniego na zimowy, robi sobie herbatę, zapomina o niej, po czym historia ta potrafi mieć puentę w postaci trzech pełnych kubków stojących na nocnym stoliku. Nie wspomnę już nawet o kupieniu trzech książek, zamiast nowej (potrzebnej mi!) pary spodni, czy też spaniu w jednym łóżku z książką na poduszce, szczotką do włosów, zeszłotygodniową listą zakupów i kartonikiem jednorazowych chusteczek - to taki przykładowy zestaw, zdarzają się ciekawsze. Ja po prostu zawsze byłam, jestem i mam nadzieję, że już na zawsze pozostanę niepoprawną romantyczką, chociaż jest to szalenie "nieżyciowe" i czasem wręcz w życiu przeszkadza.

Teraz, kiedy już troszkę o mnie wiecie, chyba nie będzie wielkim zaskoczeniem, gdy oświadczę, że zakochałam się w "Jeźdźcu miedzianym". Zakochałam się w Tatianie i Aleksandrze, utonęłam w morzu ich miłości, współczując im i jednocześnie zazdroszcząc.

Leningrad i II wojna światowa, jej początek. Tatiana ma 17 lat i mieszka przy Piątej Radzieckiej ze swoją rodziną: ukochanymi dziadkami, rodzicami, bratem bliźniakiem i starszą o 7 lat siostrą Daszą. 22 czerwca 1941 roku - tego dnia idzie po zakupy, ale ku jej zaskoczeniu w sklepach nie ma już żywności, przynajmniej takiej, którą można by dłużej przechować, a po taką została wysłana. Zrezygnowana, ale nie czująca jeszcze zbliżającego się zagrożenia kupuje sobie ulubione śmietankowe lody i siada na ławce przystanku czekając na autobus. I wtedy po drugiej strony ulicy pojawiła się on - Aleksander. Wysoki, przystojny i wystrojony w swój wyjściowy mundur Armii Czerwonej.

Co się stało dalej? Autobus przyjechał i odjechał, a Tatiana i Aleksander trwali na przystanku i zdecydowanie dłużej, niż przystało na nieznajomych wpatrywali się sobie w oczy. I ta chwila przesądziła o wszystkim, o całym ich przyszłym życiu. Ale nie, nie myślcie, że było kolorowo. Było niesprawiedliwie, boleśnie i nie do zniesienia. Okazało się, że Aleksander spotyka się z Daszą, która jest w nim bez reszty zakochana, że ma przyjaciół, którzy tak naprawdę są jego wrogami, że rzeczywistość, z którą przyjdzie im się zmierzyć jest przerażająca i że ta historia nie ma szans na happy end, którego tak bardzo pragnie czytelnik.

Tyle emocji, tyle złości na bohaterów, tyle zapierających dech momentów. Tyle... nieprawdopodobności i nie chodzi tu tyle o następujące po sobie wydarzenia, co o samych bohaterów. Ta dobroć, poświęcenie i miłość - to one są tutaj nieprawdopodobne. Jak patrzę na dzisiejszy świat, to mam wrażenie, że jest on bardzo... wyrachowany i że coraz mniej w nim właśnie miłości. A może to tylko moje złudzenie, bo taka miłość istnieje tylko w książkach albo na szklanym ekranie? Nie, nie chcę w to wierzyć! Bo gdzieś w głębi duszy o niczym innym nie marzę, jak właśnie kochać i być kochaną tak, jak Tatiana i Aleksander.

Nie pamiętam już kiedy ostatni raz lektura przyprawiła mnie o bezsenność i kiedy tak bardzo ją przeżywałam....


poniedziałek, 26 października 2015

"Mademoiselle Chanel" C. W. Gortner

Tytuł: "Mademoiselle Chanel"
Autor: C. W. Gortner
Liczba stron: 588
Wydawnictwo: Między Słowami
Okładka: twarda
Wymiary: 14,5x22,5



"Beaux podał mi buteleczkę z numerem pięć. Ta cyfra była moim talizmanem, który dostrzegałam na kamiennych płytach w Aubazine (klasztor, w którym dorastała Coco Chanel - przyp. Chomika) i w symbolach gwiazd. Zamierzałam właśnie pochylić się nad kolejną próbką, kiedy usłyszałam w tyle głowy głos przeoryszy, tak głośny, jakby stała tuż przy mnie w swoim habicie:

Wiatr, ziemia, ogień, woda i najważniejszy spośród nich: duch. Wszystko, co wokół siebie widzimy, składa się z tych pięciu żywiołów. Piątka to najświętsza cyfra na firmamencie.

I wtedy wciągnęłam powietrze.
Trwało to dosłownie chwilę. Coś się we mnie poruszyło, rozbudziły się na nowo wspomnienia (...) Nagle zadrżałam i gwałtownie przysunęłam dłoń do twarzy, żeby ukryć napływające mi do oczu łzy. (...)
- To właśnie to - wyszeptałam. - To ten zapach."* 

Perfumy "Chanel No. 5" są znane na całym świecie, ale czy wiemy cokolwiek o samej Chanel?

Urodzona w wielodzietnej ubogiej rodzinie. Wcześnie osierocona przez matkę i porzucona przez ojca. Wychowana w klasztorze. Niezwykle utalentowana. Gabrielle Chanel nie miała lekkiego życia. Wszystko do czego doszła zawdzięczała ciężkiej pracy i okupiła cierpieniem. Pomimo licznych sukcesów i sławy jej historia jest przesiąknięta smutkiem i przypomina ciągłą walkę.

Znając już trochę autora wiedziałam, że mogę liczyć na kawał dobrej prozy i się nie przeliczyłam. Gortner przedstawia nam historię Chanel jej oczami, co jest przeżyciem niezwykłym i czyni z lektury niemalże intymne spotkanie z największą ikoną mody XX wieku. Już od pierwszych kart powieści zostajemy wciągnięci w wir zdarzeń tym bardziej poruszających, bo prawdziwych i pełnych emocji.

Postać Coco Chanel budzi moje skrajne uczucia - od podziwu, przez współczucie, po momentami pewien niesmak. Poświęcanie pewnych wartości by osiągnąć cel, odsunięcie się od rodziny, nałogi... To wszystko czyni z Gabrielle postać niebywale kontrowersyjną. Ale jedno jest pewne - ta kobieta miała charakter i potrafiła wykorzystać swój talent. Nie sposób nie wspomnieć, że pomagały jej w tym liczne romanse, dzięki którym to najpierw otworzyła sklep z kapeluszami, by później zawojować świat mody swoją małą czarną i dewizą, że mniej znaczy więcej. Nie sposób jednak jednoznacznie oceniać jej zachowania, ponieważ żadna z decyzji, które przyszło jej podejmować nie należała do łatwych.

Mawiała, że jest tylko kobietą. Zatem wyobraźcie sobie, że ta kobieta przeżyła dwie wojny światowe, śmierć ukochanego, walkę z uzależnieniem, liczne zdrady... i nigdy się nie poddała. Nic zatem dziwnego, że pamięć o niej, jak i wszystko to, co stworzyła przetrwało do dziś. 
Jednak  po lekturze nie sposób się oprzeć wrażeniu, że całe jej dziedzictwo spowite jest nieuchwytnym smutkiem, który bezskutecznie goni za szczęściem podobnie jak ona sama czyniła to za życia.

Nie spodziewałam się, że ta historia, aż tak mnie pochłonie. I zaręczam wam, że nie trzeba interesować się modą, by dać się zafascynować postacią Coco Chanel. Jestem książką wprost oczarowana i oficjalnie dodaję autora do moich ulubionych. Z pewnością też sięgnę w przyszłości po inne książki opisujące życie Chanel.

*str. 313-314 "Mademoiselle Chanel" C.W. Gortner 


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa: 



wtorek, 6 października 2015

"Zanim spłonę" Gaute Heivoll

Tytuł: "Zanim spłonę"
Autor: Gaute Heivoll
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 13,0x21,5


Ta książka, to miało być studium psychologiczne podpalacza, tymczasem ja dostrzegłam w niej jedynie niepełny portret człowieka, w którym dokonała się nagła i niewyjaśniona przemiana. Dag, syn Almy i Ingemanna wyjechał ze swojej rodzinnej wioski, służył jakiś czas w wojsku, a później wrócił i... już nigdy nie był sobą. Co się stało, tak naprawdę nie wie nikt, w związku z czym nie można tu mówić o żadnej genezie szaleństwa. Po prostu nagle spokojny krajobraz norweskiej wsi zakłócił piroman - postać zupełnie abstrakcyjna i odarta z jakichkolwiek ludzkich cech. On sobie jest, ale nic poza tym o nim nie wiemy - nie poznajemy żadnych jego przemyśleń ani też motywów zachowania. Nie ma w tym krzty emocji, człowieczeństwa, refleksji...

Dodatkowo historia ma dwa tory. Na jednym z nich biegnie wyżej wspomniany Dag, skandynawski troglodyta z pochodnią w dłoni i szaleństwem w oczach, który podpala wszystko, co stanie mu na drodze - po czym pędzi niczym heros, by stłumić i ugasić wzniecony przed chwilą pożar. Na drugim torze zaś mamy samego autora, który kroczy po zgliszczach zostawionych przez piromana i próbując odtworzyć jego historię wylewa przed nami swe życiowe żale i wywleka nierozwiązane sprawy z przeszłości. I tak jakoś nie wiadomo, co ma jedno do drugiego ani na czym tak naprawdę człowiek ma się skupić.

Całość nuży i jak na złość nie ma żadnego punktu kulminacyjnego ani wyraźnej puenty. Thrillera w tym za grosz, więc mości Panie i Panowie pozwólcie, że Wam tym razem lekturę zdecydowanie odradzę.


niedziela, 4 października 2015

"Bajki, które zdarzyły się naprawdę" Anna Moczulska

Tytuł: "Bajki, które zdarzyły się naprawdę"
Autor: Anna Moczulska
Liczba stron:  320
Wydawnictwo: Znak Literanova
Okładka: twarda
Wymiary: 13,5x21,5


Zwykło się mawiać, że "życie to nie bajka", ale czy aby na pewno? Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Księżniczka na ziarnku grochu, Piękna i Bestia, Królewna Śnieżka... Każdy doskonale zna ich historie i wie, że pomimo zupełnie różnego przebiegu zdarzeń łączy je jedno - szczęśliwe zakończenie, czyli coś czego tak często brak w prawdziwym życiu. Bo życie doprawdy potrafi pisać o wiele barwniejsze i... dramatyczniejsze scenariusze. Niemniej jednak zdarza się, że  można w nim odnaleźć elementy bajki i tak też zrobiła autorka. Anna Moczulska sięgnęła do historii znanych kobiet, których losy momentami zdumiewająco pokrywają się z losami wspomnianych wyżej bajkowych postaci. 

Mamy więc Zofię Chotek w roli Kopciuszka, który oczarował arcyksięcia Franciszka Ferdynarda i można by rzec, że żyli długo (jeśli można tak określić wspólnych czternaście lat) i szczęśliwie, dopóki ich bajki nie zakończył w 1914 roku zamach w Sarajewie. Dalej poznajemy m.in. trzy śpiące królewny-Jagiellonki, czyli najmłodsze córki królowej Bony: Annę, Katarzynę i Zofię, których życie dopiero u jego schyłku nabrało rozpędu, a wcześniejsze lata?-zapytacie. Cóż, wygląda na to, że niejako je przespały... W roli księżniczki na ziarnko grochu wkroczy na scenę wnuczka Marii Tudor - Jane Grey, która swoje pochodzenie przypłaci życiem poniewieranej przez świat marionetki w rękach żądnych władzy krewnych. Ale poczekajcie na Piękną i jej Bestię. Mnie szczególnie zapadła w pamięć historia Joanny zwanej Szaloną i Filipa Pięknego. Być może dlatego, że za sprawą książki Gortnera pt. "Ostatnia Królowa" Joanna wcale nie jawi mi się jako bestia, lecz jako "zakochana księżniczka, której nikt nigdy nie kochał" - co pozwolę sobie powtórzyć za Moczulską przywołałującą słowa hiszpańskiego poety Federico Garcii Lorca. A Królewna Śnieżka, której zatrute jabłko podała Zła Królowa, to nie kto inny jak Barbara Radzwiłłówna, której śmierć przypisywano złym urokom rzucanym przez jej okrutną teściową - królową Bonę Sforzę.

Książkę czytało mi się naprawdę dobrze, lecz z przerwami. Dla mnie były one nieodzowne, by wszyscy bohaterowie nie zlali się w jedno, bo przeskoków w czasie i podróży po Europie mamy tu aż nazbyt wiele. Ta mnogość postaci powoduje, że "Bajki..." traktuję jako historyczną ciekawostkę. Taki katalizator do własnych poszukiwań i dalszego poznawania losów naszych bohaterek, czy to w przekładach historycznych, czy fikcyjnych powieściach. I o ile do ściśle historycznych lektur mnie szczególnie nie ciągnie, o tyle świetnie z historyczną fikcją radzi sobie wspomniany przeze mnie wyżej Gortner albo chociażby Philippa Gregory, którzy skutecznie udowadniają, że historia wcale nie musi być nudna. I po których dzieła na pewno sięgnę jeszcze nie raz w przyszłości.

Na koniec jeszcze muszę wspomnieć, że dużym plusem "Bajek..." są zamieszczone w nich ilustracje naszych kopciuszków, księżniczek i królewien, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło i zdecydowanie urozmaiciło lekturę ;)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:


czwartek, 17 września 2015

Co powiecie na mały stos? ;)

Jak w temacie, jest kilka tytułów, którymi chciałabym się pochwalić, bo książek nigdy za wiele, a jak! Książka jest jak przyjaciel i jak wyprawa na wakacje. Wyleje miód na serce lub zatrwoży, wyciśnie z oczu łzy lub każe się wyszczerzyć. Książka to emocje, te duże i małe, połykane gwałtownie lub smakowane z rozwagą. Wreszcie książka to papier i farba drukarska, która działa jak narkotyk.

Hmm...

Chyba jestem uzależniona :P




Od góry:
1. "Bajki, które zdarzyły się naprawdę" Anna Moczulska
- egzemplarz recenzencki, który traktuję w kategorii historycznej ciekawostki :)
 
2. "House of cards" Michael Dobbs
- jak mi powiecie, że nie wiecie kim jest Frank Underwood, to nie uwierzę :P 

3. "Pieśń o poranku" Paulina Simons
- w ramach odkrywania podobno bardzo dobrej autorki :D

4. "Wyznaję" Jaume Cabre
- moja "książka miesiąca" kupiona we wrześniu - skusiła mnie nie tyle jej "pulchność" , co pozytywne opinie, więc zakazuje rozczarowaniu zbliżać się do mnie podczas lektury :)

Coś czytaliście? Widzicie coś dla siebie?

Pozdrawiam! :)



 

poniedziałek, 14 września 2015

"Pięć osób, które spotykamy w niebie" Mitch Albom

Tytuł: "Pięć osób, które spotykamy w niebie"
Autor: Mitch Albom
Liczba stron:  200
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x20,0


UWAGA SPOILER!

Zawsze chciałam przeczytać tę książkę. Gdzieś tak od czasów liceum kołatała mi się po głowie - przerzucana z kąta w kąt na półkach pamięci. I w końcu, tak trochę przypadkiem doczekała się, ale mój świat nie zadrżał, jeśli wiecie co mam na myśli. Żadnego przewrotu ani też przewartościowania nie doświadczyłam. To pewnie przez ten nabyty dystans, bo gdy się traci kogoś bliskiego trudno o przekonującą wersję nieba. Tak było i w tym przypadku.

Zamiast pisać naokoło i ledwo muskać temat przedstawię Wam konkrety, a będą to lekcje, których naszemu bohaterowi udzieliło w niebie tytułowych pięć osób. Jak nietrudno się domyślić Eddie umarł. Jednak zanim dosięgło go nieuniknione pracował w wesołym miasteczku jako konserwator urządzeń. Tyle, że pewnego dnia, a były to jego osiemdziesiąte trzecie urodziny, Eddie zginął przygnieciony wagonikiem kolejki górskiej w heroicznej próbie ratowania małej dziewczynki...

I tak oto rozpoczęła się jego podróż.

LEKCJA 1.
"Śmierć zabierając kogoś, jednocześnie oszczędza kogoś innego, i w tej niewielkiej przestrzeni między byciem zabranym a byciem oszczędzonym życia się wymieniają. str. 55

LEKCJA 2.
"Ofiara jest częścią życia, czasem najlepszą. Tym właśnie powinna być. To nie jest coś, czego należy żałować. Wręcz przeciwnie, to coś, do czego należy dążyć. (...)
-Ale pan... - ściszył głos. - Pan przecież stracił życie. (...)
- O to chodzi. Czasami, gdy składasz w ofierze coś bardzo cennego, wcale tego nie tracisz. Ty tylko przekazujesz to komuś innemu." str. 99

LEKCJA 3.
 "Duszenie gniewu w sobie zatruwa. Zżera od środka. Wydaje się nam, że nienawiść jest bronią wymierzoną w osobę, która zrobiła nam krzywdę. Ale nienawiść jest jak bumerang.
Krzywdę, jaką robimy innym, zadajemy samym sobie. Wybaczyć, Edwardzie. Wybaczyć (...), ponieważ nikt nie rodzi się z gniewem. Kiedy umieramy dusza uwalnia się od niego." str. 146

LEKCJA 4.
"Umarłaś, mając czterdzieści siedem lat. Byłaś najlepszą istotą pod słońcem i umarłaś, straciłaś wszystko. I ja straciłem wszystko. Straciłem jedyną kobietę, którą kochałem w życiu.
Wzięła go za ręce.
- Wcale nie straciłeś. Byłam przez cały czas. A i ty i tak mnie kochałeś. Utracona miłość nie przestaje być miłością, Eddie. Przybiera inną formę, to wszystko. Nie widzisz uśmiechu drugiej osoby, nie podajesz jej jedzenia, nie dotykasz jej włosów ani nie wirujesz z nią na parkiecie. Ale kiedy jedne zmysły słabną, inne się wyostrzają. Pamięć. Pamięć staje się twoją partnerką. Karmisz ją. Utrzymujesz ją. Tańczysz z nią.
- Życie musi się kiedyś skończyć - dodała. - Miłość nie." str. 178 

LEKCJA 5.
"-Byłem smutny, ponieważ niczego w życiu nie dokonałem. Niczego nie osiągnąłem. Byłem zgubiony. Czułem, że nie powinienem tam być. (...)
- Ty powinien tam być - powiedziała.
- Gdzie? W Rubylandzie? (wesołe miasteczko - przyp. Chomika)
Skinęła głową.
- Reperować wagoniki? To miało być moje życie? - Westchnął głeboko. - Czemu?
Pochyliła głowę, jakby to było oczywiste.
- Dzieci - wyjaśniła. - Są bezpieczne. Ty spłacić dług za mnie. (dziewczynka zginęła przez naszego bohatera - przyp. Chomika)" str. 194-195

Moje gorzkie słowa powiedzą Wam teraz, że trudno szukać ukojenia w tych truizmach i banałach. Nie znaczy to, że ta książka jest zła. Po prostu nie wnosi ona tak naprawdę nic nowego, do tego, co wie każdy z nas. Co więcej nie podaje tego w żaden specjalny, czy też intrygujący sposób. Jest taką wydmuszką i to nawet nie wielkanocną, bo brak jej kolorów.

Czuję niedosyt. Targa mną rozczarowanie, a przemawia przeze mnie cynizm i nie obrażę się, gdy mi to zarzucicie. Chyba po prostu nie wierzę w pięć osób, które spotykamy w niebie... 


czwartek, 3 września 2015

"Longin. Tu byłem" Marcin Prokop

Tytuł: "Longin. Tu byłem"
Autor: Marcin Prokop
Liczba stron: 120
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Okładka: miękka
Wymiary: 13,5x21,0


Kontynuacja pierwszej książki Marcina Prokopa "Jego wysokość Longin". Moją recenzję znajdziecie tutaj -> klik.

Mamy lato i mamy wakacje! - na kartach książki oczywiście, bo ten czas tak szybko ucieka, że szkolna rzeczywistość zdążyła już przywitać rzesze uczniów :) 

Nasz bohater jednak nie może narzekać na nudę. Mazury, Paryż, a później kolonie nad morzem... Brzmi bajecznie, ale trzeba pamiętać, że nie jest to powszechny obraz dzieciństwa w Polsce. To jednak co jest uniwersalne, to dziecięce postrzeganie świata, opaczne rozumienie słów dorosłych i nieodparta chęć wyrycia scyzorykiem wszędzie, gdzie się da słów: "Tu byłem". Autor świetnie żongluje słowem i potrafi przywołać uśmiech na twarzy czytelnika.

"Longin. Tu byłem" nie jest dziełem wybitnym, nie wyróżnia się zaskakującą puentą ani też nie wnosi niczego nowego. I w gruncie rzeczy nie musi, bo do takiego dzieła nawet nie aspiruje. To w głównej mierze dobra rozrywka, a pozytywne emocje, to coś, czego potrzebuje każdy z nas bez względu na wiek, więc jeśli można miło spędzić czas, dlaczego mówić "nie"?

Zabawna, lekka historia. Bardzo podobał mi się zamieszczony na końcu słowniczek, gdzie autor wyjaśnia m.in. kim był "Smutny Pan w okularach", dlaczego Pewex był obiektem westchnień i na czym polegała gra w kapsle. Ponadto książka może mieć pewien urok również dla starszych czytelników ze względu na oczywiste znamiona autobiografii.

Ja przyjemnie spędziłam czas przy tej lekturze.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:


 

środa, 26 sierpnia 2015

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins

Tytuł: "Igrzyska śmierci"
Autor: Suzanne Collins
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Media Rodzina
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x19,5


"(...)To opowieść o świecie Panem rządzonym przez okrutne władze, w którym co roku dwójka nastolatków z każdego z dwunastu dystryktów wyrusza na Głodowe Igrzyska, by stoczyć walkę na śmierć i życie.

Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a już to zasługuje na miano prawdziwej walki o przetrwanie..." [lubimyczytac.pl]

Powieść swego czasu będąca na ustach wielu, jeśli nie wszystkich, również za sprawą jej ekranizacji. Tak nawiasem mówiąc niezbyt porywającej - przynajmniej jak dla mnie.

Literatura młodzieżowa i dziecięca nie jest mi obca i często okazuje się całkiem niezłą odskocznią i relaksem od cięższych tematów albo nudnych czytelniczych przystanków. "Igrzyska..." w kategorii "rozrywka na letni wieczór" sprawdziły się idealnie.

Bohaterowie, których da się lubić - są!
Wartka akcja - obecna!
Walka dobra ze złem - trwa! Podobnie jak walka o przetrwanie....

Nie ma tu co prawda zbyt wielkiej psychologii postaci i wyraźnie zaznaczono kto jest dobry, a kto zły, ale na szczęście główna bohaterka nie jest nijaka i wprowadza sporo emocji do całej historii. Katniss nie jest też głupia, a to ważne, żeby podczas lektury nie łapać się za głowę i zbyt często nie wywracać oczami, bo to mało przyjemne doznania. Poziom trzyma też niemalże cały drugi plan - Cinna, Haymitch, Rue... 

Poza tym fabuła ma sens, jest przemyślana i spójna. Bywa trochę przewidywalna, w swym ogólnym zarysie, bo (uwaga spojler!) z góry możemy założyć, że nie kto inny, jak własnie Katniss zostanie zwyciężczynią Głodowych Igrzysk - vide chociażby kontynuacje książki i wszystko jasne. Na szczęście jednak Collins pogardziła nudą i zadbała, by uraczyć czytelnika co jakiś czas zaskakującym zdarzeniem - to się chwali.

A teraz moja ulubiona kwestia. Podziwiam wykreowany przez autorkę świat i chociaż śmieszyć nas może ten wszechobecny blichtr, to chyba jednak nie jest on tak do końca tylko wytworem wyobraźni Collins. Niestety.... Wystarczy rozejrzeć się wokoło. Do czego zmierza nasz świat? Skandale, sława, pieniądze - to się liczy. Skupienie na sobie uwagi jest ważne, o tak - trzeba błyszczeć, mieć nieskazitelną figurę i poklask w sieci (popularność jest w cenie). Łatwo, szybko i przyjemnie - tak się chce teraz żyć. I jeszcze pod publikę, by pokochały nas tłumy - bohaterowie "Igrzysk..." powiedzą Wam coś na ten temat. Kto by pomyślał, że taką zdawałoby się zwykłą "młodzieżówkę" będzie można postrzegać w kategorii satyry na współczesne społeczeństwo i kierunek w jakim ono zmierza? 

Muszę przyznać, że książkę czyta się błyskawicznie. Po prostu ma w sobie to "coś", czym kupuje czytelnika i dodatkowo pozwala na miłe spędzenie czasu. Przekonajcie się sami :)

czwartek, 13 sierpnia 2015

"W kanałach Lwowa" Robert Marshall

Tytuł: "W kanałach Lwowa"
Autor: Robert Marshall
Liczba stron: 238
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x20,0


Zaczęłam czytać bez zbędnego zaangażowania. Relacja to i bardziej zbiór wspomnień, niż powieść, dlatego wydawało mi się, że może być zbyt sucha i surowa, przez co nudna. Nie do końca wiedziałam, czy mnie zainteresuje. Koniec końców mnie... zadziwiła.

Oparta na wspomnieniach Ignacego Chigera, jego żony Pauliny, ich córki Krystyny, a także Mundka i Klary Marguliesów historia spisana przez Roberta Marshalla mrozi krew w żyłach i jednocześnie niesie nadzieję.

Co jest w stanie zrobić człowiek, żeby przetrwać? Nasi bohaterowie pokazują, że niemalże wszystko. Kiedy 1 czerwca 1943 r. grupa Żydów szukając ratunku przed zagładą zeszła do kanałów Lwowa, nikt nie spodziewał się, że przyjdzie im tam spędzić ponad rok. Niesamowite jest to, że garstce z nich udało się przeżyć.

Sprawy miałyby zapewne inny obrót, gdyby nie heroiczna postawa Leopolda Sochy - polskiego kanalarza, który z początkowej chęci łatwego zysku uczynił w końcu z pomocy Żydom swoją życiową misję. Narażając siebie i swoją rodzinę dowiódł wielkiej odwagi, a jego postać jest o tyle ważna, że łamie stereotyp Polaka-antysemity. Jednak, to co musieli przeżyć ci ludzie zamknięci w kanałach trudno jest mi sobie nawet wyobrazić. Podziwiam ich hart ducha i wolę przetrwania.

Ta książka to niesamowita lekcja człowieczeństwa, która pokazuje, że dobro może przezwyciężyć zło.

wtorek, 28 lipca 2015

Odpowiadam

Czytałam i czytałam. Nadal czytam, ale jakoś ten czas... On mi płata figle i przeszkadza. Minął prawie miesiąc, więc odpowiem na komentarze.

Co do książki Rowling, to wzięłam się za "Trafny wybór" i utknęłam, aż w końcu go porzuciłam. Cóż poradzę, że zaprzeczył sam sobie nie będąc trafnym? Żelazne postanowienie jednak brzmi: "podołam wyzwaniu", ale jeszcze nie teraz. Nie dziś. Może jutro, ewentualnie za tydzień, miesiąc. Sama nie wiem.

Zadie Smith próbowała mnie uraczyć swoim "O pięknie", ale moje wyobrażenie piękna jest zgoła mniej nudne. Ziewnęłam i jakoś tak skutecznie odłożyłam na półkę. Zła ja, bo to w końcu "pożyczka", więc trzeba się wziąć w karby i spróbować popłynąć tym leniwie sunącym nurtem. Może to wszystko po to, żeby przypadkiem nie przegapić piękna?

"Zbuntowana"? Pudło. Wzięłam się za "Igrzyska śmierci" akurat. Nic ambitnego, ale zadziwiająco szybko się czyta. Może jak mnie coś "tknie" to dowiecie się czegoś więcej. Zwłaszcza o "Kosogłosie", bo korci mnie, żeby sobie trochę pomarudzić.

"Gwiazd naszych wina" i w końcu mogę zabrać się za film, oczywiście z zapasem chusteczek w zanadrzu...

Jak Moers to "Miasto śniących książek" i moje czytelnicze życie już nigdy nie będzie takie samo (!)

Oczywiście, że "Tygrysie wzgórza", ale biedne ci one, oj biedne, bo przyszło im się pojawić zaraz po "Mieście śniących książek".

Albom. Hmmm... "Zaklinacz czasu" był takim niewypałem, że po "Pięć osób, które spotykamy w niebie" sięgnęłam tylko dlatego, że kiedyś w liceum ksiądz na religii polecał nam tą lekturę i jakoś tak mocno wrył mi się w pamięć ten tytuł.

A co ostatnio u mnie? Muszę zanotować, bo jeszcze zapomnę i jakoś tak w niepamięć przypadkiem coś pójdzie, a szkoda by było, bo czasem miło do tych swoich wypocin sprzed lat wrócić - jeśli oczywiście jakiekolwiek powstaną.

"Kraina Chichów" J. Carolla - jestem świeżo po.
"W kanałach Lwowa" R. Marshall - w trakcie, podobnie jak "Pan lodowego ogrodu" Grzędowicza i świeżynka w postaci "Amerykańskiego lata" Catrin Collier. Zaś na deser dzisiaj odebrana przesyłka w postaci "Labiryntu śniących książek" :D:D:D

I tak o czymś zapomniałam, ale nie mogę sobie przypomnieć o czym....

Pozdrawiam i dobranoc Wam - niech księżyc pilnuje Waszych snów, a letnie burze ukołyszą do snu.

wtorek, 7 lipca 2015

Krótka notka

Dla zainteresowanych - jestem, żyję i póki co nie opuściłam Was jeszcze na dobre :)
Żeby się na nowo rozkręcić będzie trochę krótkich notek.

(Dobrze, że umiejętność pisania nie zanika. Oczywiście w aspekcie sklecania ze sobą liter, bo już z uchwytnością sensu bywa różnie :P)

Co mi się "czytnęło" i przez co mi się nie "przebrnęło" w ostatnim czasie?

J.K. Rowling, Suzanne Collins, Zadie Smith, John Green, Walter Moers, Sarita Mandanna, Mitch Albom.

Ktoś się pokusi o zgadywanie tytułów? ;)

sobota, 9 maja 2015

"Treasure Hunters. Łowcy Skarbów" James Patterson, Chris Grabenstein

Tytuł: "Treasure Hunters. Łowcy Skarbów"
Autor: James Patterson, Chris Grabenstein
Liczba stron: 450
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Okładka: miękka
Wymiary: 13,0x20,5


Na początek autor, a właściwie jeden z autorów. Hmm... Chyba już gdzieś słyszałam to nazwisko. Aaaa tak! Przecież James Patterson to autor niezliczonej ilości kryminałów i thrillerów. Jakkolwiek to zabrzmi mi dał się poznać jako autor... książki dla dzieci.

Bick i Beck to bliźnięta. Już na wstępie dowiadujemy się o istotnym podziale ról w tym tandemie. Historię, którą będziemy mieli okazję poznać przekaże nam Bick, z kolei ilustracjami (coby łatwiej było nam sobie zwizualizować to, co czytamy) zajmuje się Beck. Jest jeszcze tzw. "mózg operacji", czyli osoba mogąca się poszczycić niebywałą pamięcią i wiedzą, starsza siostra bliźniąt Burza. Tak naprawdę to nie jest jej prawdziwe imię, ale ciii... Lepiej się naszym bohaterom nie narażać, bo nad ich bezpieczeństwem czuwa najstarszy z rodzeństwa 17-letni Tommy, który przy każdej nadarzającej się okazji jest gotów prężyć swe muskuły.

Zapytacie gdzie się podziali rodzice i to jest dobre pytanie. Nie wspomniałam jeszcze, że mamy tutaj do czynienia z rodziną poszukiwaczy skarbów, którzy przemierzają bezkresne wody mórz i oceanów w poszukiwaniu m.in legendarnych kosztowności, czy zaginionych dzieł sztuki. Jak na ironię statek, którym nasza rodzinka się przemieszcza nosi miano "Zguby", co staje się bardzo adekwatne w sytuacji, gdy nagle z pola widzenia znikają rodzice naszych bohaterów. Teraz czeka nas prawdziwa misja, bo nie dość, że trzeba wziąć na radar zaginionych rodzicieli jednocześnie kontynuując poszukiwanie skarbów, to jeszcze po piętach zaczynają deptać nam... piraci!

Nie da się ukryć, że czuć w tej historii "kryminalną rękę" autora. Akcja jest przemyślana i toczy się wartko, więc historię pochłania się migiem i całkiem przyjemnie. Nie wiem dlaczego, ale był moment, gdy skojarzyła mi się z popularnym serialem animowanym z mojego dzieciństwa o przygodach Scooby Doo i jego przyjaciół. To chyba kwestia bohaterów. Jedno jest pewne, nasi nieletni łowcy skarbów, to prawdziwi poszukiwacze przygód i na pewno nie będziemy się z nimi nudzić.

Książka w moim odczuciu dedykowana jest młodszym czytelnikom. Trudno oszacować mi wiek, ale tak bym strzelała, że spodoba się już 7-8 latkowi. Ze swej strony dodam już tylko na koniec, że chętnie zapoznałabym się z typową prozą autora tj. np. takim tytułem jak "Kolekcjoner". A wy czytaliście już może jakieś książki tego autora?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: