środa, 28 lutego 2018

"Szczygieł" Donna Tratt

Tytuł: "Szczygieł"
Autor: Donna Tratt
Liczba stron: 800

Wydawnictwo: Znak Literanova

Okładka: twarda

Nie uwierzycie jak wielki problem miałam z tą książką. Czytałam ją prawie rok, ponieważ miałam ją wgraną na Kindle'a i zabierałam w niemalże każdą moją podróż. Czytałam i czytałam, a ona się nie kończyła. Nie czytałam, gdy nie podróżowałam. Czy z papierową wersją uporałabym się szybciej? Nie mam pojęcia.


Rozmawiałam ostatnio z koleżanką, która mówiła, że "Szczygła" połknęła w kilka dni i zabawne było to, że kiedy jej chłopak zapytał ją o czym jest ta książka i co się wydarzyło przez te 200 stron, które już przeczytała, to w sumie odpowiedź można było streścić dosłownie w dwóch zdaniach. Jest to powieść z gatunku tych, które się snują, ponieważ dorastamy razem z bohaterem i tym, co się w tej książce dzieje jest po prostu życie, bo mamy tu trudne relacje z ojcem, wagary, eksperymenty z używkami, nieszczęśliwą miłość, męską przyjaźń...

Theo jest mały chłopcem, gdy podczas pewnej popołudniowej wyprawy do muzeum w wyniku niespodziewanego wybuchu, który wstrząsa budynkiem traci matkę i jednocześnie staje się posiadaczem niewielkiego obrazu przedstawiającego tytułowego szczygła. Poszukiwane dzieło sztuki staje się jego pilnie strzeżoną tajemnicą i jednocześnie łącznikiem z utraconym rodzicem.

"Szczygieł" to dla mnie powieść o radzeniu sobie z samotnością, która każdego z nas w jakimś sposób dopada. To książka o wyborach: tych dobrych i tych złych, często podejmowanych za nas, gdy jesteśmy jeszcze młodzi, czy to przez życie, czy to przez dorosłych. Dużo w niej żałoby i smutku przeplatanego nieśmiałym poszukiwaniem szczęścia i miłości. Jest tu też przyjaźń, czy dobra, czy zła nie mnie oceniać, ale prawdziwa i to się liczy. I jedno, co jest pewne: nasze czyny nigdy nie są zawieszone w próżni i zawsze niosą ze sobą konsekwencje, z którymi musimy się zmierzyć...


poniedziałek, 26 lutego 2018

"Tajniak. Prawdziwa Historia" Joe Carter

Tytuł: "Tajniak. Prawdziwa Historia"
Autor: Joe Carter
Liczba stron: 287

Wydawnictwo: Edipresse

Okładka: miękka



Ta książka przeleżała na mojej półce dobre pół roku zanim się za nią zabrałam i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła. W swojej ignorancji nawet nie pofatygowałam się, żeby przeczytać co znajduje się na odwrocie okładki i byłam przekonana, że biorę do ręki powieść sensacyjną. Zaczęłam czytać i już po kilku stronach zapaliła mi się czerwona lampka. "Coś mało tu dialogów", to po pierwsze. Po drugie "To brzmi jakby ktoś snuł opowieść o swoim życiu...". I nagle mnie olśniło ;P

Wtedy zaczęłam czytać z jeszcze większym zainteresowaniem i wprost nie mogłam się oderwać od historii policjanta, który został tajnym agentem i prowadził podwójne życie przenikając do świata dilerów narkotykowych i innych przestępców, by zyskując ich zaufanie i prowadząc wspólne interesy doprowadzić do ich skazania. Niesamowite z jak zimną krwią musiał działać będąc nierzadko blisko zdemaskowania i ocierając się o śmierć. Poświęcając przy tym swoje prywatne życie, na którego to polu odnosił porażki wprost proporcjonalne do zawodowych sukcesów.

Joe Carter to oczywiście pseudonim, pod którym kryje się emerytowany agent brytyjskich służb, który postanowił podzielić się swoim życiem i pokazać jak wygląda świat widziany oczami tajniaka. Zdecydowanie jest to historia, która rozbudza wyobraźnie i idealnie nadaje się na scenariusz do filmu o troszkę bardziej przyziemnym Jamesie Bondzie - bez zawrotnych pościgów i wybuchów, ale za to dla widzów o stalowych nerwach, gdzie pierwsze skrzypce gra psychologia postaci.

Jestem absolutnie i jak najbardziej pozytywnie zaskoczona tą książką, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu:




wtorek, 20 lutego 2018

"Słońce umiera i tańczy" Ewa Cielesz

Tytuł: "Słońce umiera i tańczy"
Autor: Ewa Cielesz
Liczba stron: 228

Wydawnictwo: Axis Mundi
Okładka: miękka


Jagoda, to młoda artystka z Krakowa, która po wyjeździe rodziców jest zmuszona poszukać nowego lokum, ponieważ jej rodzinny dom został sprzedany. Wkrótce poznaje tajemniczego ulicznego muzyka z Mongolii, który stanie się jej inspiracją do stworzenia obrazu na konkurs. W myślach nazywa go Dymitrem, chociaż podczas spotkania okazuje się, że chłopak tak naprawdę ma na imię Ochir. Naszą bohaterkę otacza jeszcze kilka postaci: staruszek mieszkający teraz w jej niegdyś rodzinnym domu, do którego Jagoda zwraca się per "dziadku", przyjaciółka Agata, czy też tajemniczy Juliusz pojawiający się zawsze ze swoją uroczą córką Amelią.

Niestety po lekturze słońce ani nie umarło, ani dla mnie nie zatańczyło, więc skąd ten tytuł? Nie znam pozostałych książek Ewy Cielesz, ale ta była dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Ja nie doświadczyłam tutaj tego uczucia, które miało nagle wtargnąć w życie naszej bohaterki. Dymitr po prostu się pojawił, a Jagoda go wyraźnie adorowała. Któregoś dnia został u niej na noc i tak po prostu już się zadomowił, a później było już tylko przeciąganie sznura.

Poza tym w tle miał być Kraków i tego Krakowa również nie było, a bohaterowie żyli jakby zawieszeni w próżni i świecie składającym się tylko z nich samych. Nie polubiłam głównej bohaterki i chyba w ogóle żadnego z bohaterów, bo tak naprawdę żaden z nich nie był prawdziwy - wszyscy byli napisani.

Sama fabuła zaś przyniosła mi jedynie cudaczne unoszenie brwi. Trutka w jedzeniu? Wypadek na nartach? Zniknięcie dziecka? Problem z alkoholem? Nie, ja tego jakoś nie kupuję, nie dla mnie takie historie albo może raczej nie tak napisane...



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa:



sobota, 17 lutego 2018

"Bang Bang Wystrzałowy samochód" Ian Fleming

Tytuł: "Bang Bang Wystrzałowy samochód"
Autor: Ian Fleming
Liczba stron: 133

Wydawnictwo: Znak emotikon
Okładka: twarda



Nie dotarłam nigdy do opowiadań o Jamesie Bondzie stąd też nazwisko autora kompletnie nic mi nie mówiło, ale już sam fakt, że umysł, który wymyślił postać najsłynniejszego agenta na świcie napisał opowiadanie dla dzieci, przykuł moją uwagę.

"Bang bang..." jest niejako spisaną "bajką na dobranoc", którą autor opowiadał swojemu synowi. Za inspirację posłużył mu jego własny samochód z końca lat dwudziestych, a także legendarna wyścigówka z silnikiem lotniczym znana jako Chitty Bang Bang.

Głównym bohaterem tej wystrzałowej historii jest szalony wynalazca, były Komandor Marynarki Wojennej o oryginalnym imieniu Caractacus Pott wraz z rodziną: małżonką Mimsie Pott oraz uroczymi bliźniętami noszących imiona: Jeremy i Jemina. 

Po spektakularnym sukcesie gwiżdżących cukierków nasza urocza rodzinka postanawia nabyć auto, by móc spełnić swoje marzenia o podróżach. Wybór pada na mający już za sobą lata świetności stary samochód wyścigowy znaleziony w garażu sławnego niegdyś kierowcy rajdowego. Po kilkumiesięcznym procesie renowacji auto jest już gotowe do użytku i wtedy okazuje się, że nie jest to tylko zwykły samochód o czym nasi bohaterowie przekonają się już podczas pierwszej podróży...

Historia Bang Bang, bo takie imię rodzinka nadała swojej wystrzałowej wyścigówce, to bardzo przyjemna w odbiorze lektura, która na pewno zaciekawi niejednego dzieciaka. Książka jest napisana przystępnym językiem, solidnie wydana i zawiera ilustracje. Idealna lektura na dobranoc :)

To teraz czas na Jamesa Bonda!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:


środa, 14 lutego 2018

PREMIERA! "Krótka historia o długiej miłości" Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze

Tytuł: "Krótka historia o długiej miłości"
Autor: Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze
Liczba stron: 188

Wydawnictwo: Znak
Okładka: twarda

Premiera: 14.02.2018 r. 

Rzeczywiście historia jest krótka, bo liczy sobie niespełna 200 stron, jest napisana sporą czcionką i zawiera fotografie. Nie jest to "klasyczna" love story i mam tutaj na myśli zarówno formę książki, jak i scenariusz, który napisało w tym przypadku życie.

Wiesława Pajdak i Jerzy Śmiechowski poznali się w grudniu 1947 r. w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Oboje trafili na oddział 11, ona do celi 42, on do celi 43. Ich znajomość zaczęła się od wystukanej alfabetem morse'a wiadomości: "Kto tam siedzi? Z jakiej sprawy? Może wiesz, co na wolności?" I tak zaczęli rozmawiać, aż w końcu udało im się usłyszeć swoje głosy przez szparę po wykręconej śrubie, którą przymocowane były łóżka z jednej i drugiej strony dzielącej ich celę ściany. Ona śpiewała mu sentymentalne szlagiery Mieczysława Fogga, a on snuł dla niej historie. Starali się być silni - jedno dla drugiego. W końcu się zaręczyli. 

Los jednak nie był dla nich łaskawy. Latem 1949 r. zostali przeniesieni do piwnic na Rakowickiej, gdzie siedzieli w celach naprzeciwko i mieli jeszcze okazję rozmawiać morsem świetlnym, jednakże zima przyniosła im rozłąkę. Zostały już im wtedy tylko listy, z których nieustannie przemawiało głębokie uczucie jakie do siebie żywili. Czekali na siebie wytrwale ponad 5 lat i pierwszy raz zobaczyli się na własnym ślubie.

Historia tych dwojga jest jeszcze bardziej niesamowita, gdy spróbujemy skonfrontować ją ze współczesnym światem, gdzie króluje powierzchowność, a ludziom brak wytrwałości w walce o coś prawdziwego i wartościowego. Dziś większą uwagę przykuwamy do tego, czym karminy nasze ciała, niż umysły. Oceniamy innych po tym jak wyglądają a nie po tym kim tak naprawdę są. Tymczasem prawdziwa wartość, jak i prawdziwe uczucie rodzi się, gdzieś na poziomie metafizycznym, a nie fizycznym. Można niedowierzać historii tych dwojga, ale dla mnie jest ona niezaprzeczalnym świadectwem tego, w co skrycie sama wierzę - prawdziwej miłości.

Brak tu próżności, sztucznych dramatów i taniego sentymentalizmu. Autorka zadbała, by ascetyzm i prostota przekazu nie przyćmiły tego, co najważniejsze - szczerości uczucia, troski o drugą osobę i wzajemnego wsparcia. Niesamowite jak wiele człowiek jest w stanie znieść i jeszcze znaleźć w sobie siłę, by podnosić na duchu drugą osobę. Oni przetrwali, bo mieli siebie i doczekali się swojego happy endu.

Życzę każdemu znalezienia takiej miłości <3

Premierową recenzję książki mogłam dla Was napisać dzięki Wydawnictwu:


sobota, 10 lutego 2018

"Na wschód od zachodu" Wojciech Jagielski

Tytuł: "Na wschód od zachodu"
Autor: Wojciech Jagielski
Liczba stron: 322

Wydawnictwo: Znak

Okładka: twarda

Premiera: 31.01.2018 r.

Wojciech Jagielski - niesamowite, że odkryłam go dopiero teraz! Pasja jaką są podróże przyciągnęła w końcu do mnie adekwatną literaturę. 

Zetknęłam się jednak z opinią, że ta książka autora różni się od poprzednich, nie jest to w końcu reportaż wojenny, bardziej społeczny. Ukazuje różnice w postrzeganiu świata. Porusza temat wędrówki, zarówno tej fizycznej, jak i duchowej - w głąb siebie. Wędrowców w tej książce jest wielu, ale lepiej poznamy trzech: hipisa zwanego "Świętym", młodą dziennikarkę z Warszawy, który przyjęła imię Kamal i samego autora powieści.

Jagielski rusza w ślad za hipisami, którzy w latach 60. i 70. ubiegłego wieku podróżowali z Europy przez Turcję, Iran, Afganistan i Pakistan do Indii w poszukiwaniu objawienia i odkrycia tajemnicy szczęśliwego życia wiedzionego w zgodzie z samym sobą, jak i całym światem. Pragnęli całkowitej wolności, a jednocześnie poczucia zjednoczenia z wszechświatem. Ich wędrówka dla wielu osób była czymś niepojętym.

"Pozostawało więc bacznie przyglądać się wiarusom, podglądać przysłuchiwać się i podsłuchiwać, i ze zdobytych w ten sposób strzępków układać obraz tego wszystkiego, przez co przeszli, a przede wszystkim do czego doszli. Byli obiektami eksperymentu, któremu poddali się z własnej woli i z ochotą, a którego skutki wciąż pozostawały nieznane, a przynajmniej niczego jednoznacznie nie dowodzące ani niczego niewykluczające. Mogli więc być zarówno beneficjentami tego doświadczenia, jak i jego ofiarami." str. 66

W podobną i równie niezrozumiałą podróż do Indii wybrała się Kamila - dziewczyna z bogatemu domu, po rozwodzie rodziców wychowywana przez matkę dziennikarkę, w której ślady poszła wybierając studia dziennikarskie. Nie minęło jednak dużo czasu, gdy podobnie jak "Święty" uciekła "na wschód od zachodu".

"Przeczytała kiedyś, że człowiek wyrusza w drogę , kiedy czuje, że coś jest nie tak, że dzieje się coś niedobrego. Wokół niego albo z nim samym. Kiedy niewiadomo skąd i dlaczego odzywa się nagle jakaś niewypowiedziana tęsknota za czymś, co też trudno byłoby nazwać, pomieścić w kilku słowach, czy zdaniach. I nie ma nawet potrzeby tego robić. Jeśli ktoś doświadczył tego choć raz, doskonale będzie wiedział o czym mowa. Jeśli jednak nigdy go to nie spotkało, nie ma sposobu, żeby wytłumaczyć mu, na czym to wezwanie polega, z czego się bierze i czym skutkuje." str. 84

Myślę, że każdy prawdziwy podróżnik będzie chłonął ten reportaż jak gąbka chłonie wodę - wręcz zachłannie, bo czyż nie korciło go kiedyś, żeby zostawić za sobą wszystko co do tej pory znał? Czyż nie miał ochoty wyrwać się z ram, w które wepchnęli go ludzie "odtąd dotąd"? Wyruszyć w drogę, by odnaleźć swoje miejsce na ziemi wbrew wszystkiemu i wszystkim? 

Pozwolę sobie na jeszcze jedno spostrzeżenie mówiąc w dużym uproszczeniu: chyba już na zawsze pozostanie tak, że wschód nie ucieknie od idealizowania zachodu, podczas gdy zachód nigdy nie przestanie być zafascynowany wschodem. 

A Wy, drodzy czytelnicy będzie zafascynowani losami "Świętego" i Kamal.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu:

sobota, 3 lutego 2018

"Przeczucie" Tetsuya Honda

Tytuł: "Przeczucie"
Autor: Tetsuya Honda
Liczba stron: 352

Wydawnictwo: Znak Literanova

Okładka: miękka


Sięgam pamięcią wstecz i próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz przeczytałam książkę japońskiego autora i przypomnieć sobie nie mogę... Po kryminał już jakiś czas też nie sięgałam, dlatego przyszła pora na "Przeczucie".

Co mamy na tapecie: młodą Panią komisarz w świecie zdominowanym przez mężczyzn, seryjnego mordercę i japońską rzeczywistość, która tak bardzo różni się od europejskiej. Historia zaczyna swój bieg od znalezienia w nadzwyczaj spokojnej okolicy zwłok mężczyzny owiniętych w niebieską folię. Morderstwo jest tym bardziej zagadkowe, że pewne rany zostały ofierze zadane pośmiertnie. Przypadek? Ależ skąd! Główna bohaterka - Reiko Himekawa ma pewne przeczucie...

Muszę przyznać, że sama intryga zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Po pierwsze historia jest spójna i bardzo dopracowana. Po drugie zaskakująco okrutna i odarta ze skrupułów (nie wiem, czy to plus, ale na pewno oddziałuje na wyobraźnię). I w reszcie osadzona w zupełnie obcej nam kulturze, co nierzadko skutkuje uniesieniem w górę brwi czytelnika. Momentami nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pewne obyczajowe sceny zakrawają o absurd, ale wtedy szybko strofowałam się w myślach "pamiętaj, że to nie jest Europa!". 

Jedyne, co mogłabym zarzucić autorowi, to zbyt czarno-białe postaci. Wyraźnie zarysowane, lecz o trochę szablonowych cechach. Za to bardzo podoba mi się poruszenie tematu młodych ambitnych kobiet nastawionych na karierę, które ogół społeczeństwa próbuje wcisnąć w ramy stereotypowego myślenia o powinności kobiety do założenia rodziny.

"Przeczucie" jest pierwszą częścią cyklu "Reiko Himekawa" i nie ukrywam, że z zainteresowaniem sięgnęłabym po kolejną. Dodatkowo uważam, że jest to idealny materiał na ekranizację, co też Japończycy podobno skwapliwie wykorzystali. Niestety nie udało mi się dotrzeć do filmu/serialu, który powstał na kanwie tej powieści. Jeśli wiecie coś na ich temat będę wdzięczna za info.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: