sobota, 29 września 2012

"Kontrola" Wiktor Suworow

Tytuł: "Kontrola"
Autor: Wiktor Suworow
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Rebis
Okładka: twarda

Wymiary: 12,8x19,7

"Moskwa, rok 1936. Nastia Strzelecka jest na pozór przeciętną komsomołką i pracownicą fabryki "Sierp i Młot". Wkrótce jednak ta nadzwyczaj sprawna fizycznie i zdeterminowana dziewczyna trafia pod opiekę wpływowego towarzysza Chołowanowa, sławnego pilota, zostaje przyjęta do kadry narodowej ZSRR i rozpoczyna intensywny kurs spadochroniarski. Kiedy podczas wielkiej powietrznej parady dochodzi do tragicznego wypadku, Nastia swoją niezłomną postawą zwraca uwagę samego towarzysza Stalina. Wódz przydziela ją do elitarnej jednostki służb specjalnych i Nastia rozpoczyna błyskawiczną karierę. Wygląda na to, że gotowa jest zrobić wszystko dla dobra komunizmu i Związku Radzieckiego..." [Rebis]

Zobaczyłam okładkę, przeczytałam tytuł i pomyślałam: "Eee, nie dla mnie..." Później z ciekawości zerknęłam na recenzje: "Ooo, no proszę. A może jednak?" Dopełnieniem stała się cena - oczywiście promocyjna :D Muszę powiedzieć, iż czuję się naprawdę pozytywnie zaskoczona.

"Kontrola" to rewelacyjna książka, od której wprost nie idzie się oderwać! Co prawda stalinowska Rosja nie zaliczała się nigdy do grona moich zainteresowań, ale w tym przypadku stała się naprawdę godnym uwagi tematem oraz... dostarczyła mi nie małej rozrywki. Wystarczy wspomnieć chociażby poniższy fragment:

"- (...) Dlatego naradziliśmy się tutaj z towarzyszami i postanowiliśmy was, towarzyszu Chołowanow, rozstrzelać.
- Słuszna decyzja, towarzyszu Stalin - Zgodził się Chołowanow. - Mądra i bardzo na czasie."

Książka świetnie oddaje ówczesne realia, a przy tym robi to w taki sposób, że czytelnik wyśmienicie bawi się podczas lektury. Wszystkie te polityczne rozgrywki, podsłuchy, tajna łączność i pociągi konspiracyjnie kursujące nocą po kraju wzbudziły moje niekłamane zainteresowanie i nie pozwalały oderwać się od lektury. Warto również wspomnieć o głównej bohaterce - Anastazji Strzeleckiej, która od samego początku wzbudziła moją sympatię, i której szczerze kibicowałam, co może wydać się dość dziwne, a nawet kontrowersyjne zważywszy na jej postępowanie oraz wyznawane idee. Ach, ten Suworow! Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem i już dziś wiem, że na pewno sięgnę po jego kolejne książki. Co więcej - przyjrzę się bliżej literaturze rosyjskiej w ogóle, a to wszystko dzięki podjętemu przeze mnie wyzwaniu :)


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:



oraz



czwartek, 27 września 2012

Zapowiadam, czyli "Trafny wybór" J.K. Rowling

Zwykle nie trudnię się zapowiedziami, ale tym razem zrobię wyjątek. Jakże bowiem mogłabym przegapić fakt, iż autorka moich ukochanych książek z dzieciństwa (i nie tylko :P) wydaje kolejną, tym razem tak różną od poprzednich. Mowa oczywiście o najnowszej powieści J.K. Rowling, która ma ukazać się u nas tegorocznej jesieni, a dokładnie 15 listopada. Za to światowa premiera już dziś! A oto krótka charakterystyka książki:


"Kiedy czterdziestokilkuletni Barry Fairbrother nagle umiera, mieszkańcy Pagford są w szoku. Szybko okazuje się, że w pozornie sielankowym angielskim miasteczku, z brukowanym rynkiem i wiekowym opactwem, wybucha prawdziwa wojna. 

Wojna bogatych z biednymi, nastolatków z rodzicami, wojna żon z mężami i nauczycieli z uczniami. Pagford z pewnością nie jest tym, czym wydawało się na początku. A wszystko z powodu miejsca w radzie parafialnej, które zwolniło się po śmierci Barry'ego. Kto zwycięży w wyborach naznaczonych zaciekłością i obłudą? Będziemy świadkami wojny, jakiej Pagford jeszcze nie przeżyło! Pełna czarnego humoru, pasjonująca i zaskakująca, The Casual Vacancy jest pierwszą powieścią J.K. Rowling dla dorosłych." [Znak]




Wszystko byłoby cacy, gdyby nie cena, która z tego, co widziałam została wywindowana do niespełna 50zł. Trochę dużo jak na studencką kieszeń. Poza tym nie wiem jak Wy, ale ja żywię pewną obawę. Zastanawiam się, czy autorka po sukcesie "Harry'ego..." była w stanie udźwignąć ogromną jak by nie było presję i czy ta książka sprosta oczekiwaniom jej fanów, bo w sumie to... zupełnie nie wiadomo czego się tu spodziewać! Przyznam szczerze, iż mnie jakoś sam pomysł na fabułę na razie nie porywa, ale z drugiej strony intryguje. Cóż bowiem ciekawego mogła napisać nasza Rowling na temat rywalizacji o miejsce w jakiejś tam radzie parafialnej? Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po tę książkę, ale z drugiej strony wiem, iż może to trochę potrwać - zważywszy na jej cenę. O kilometrowych kolejkach ustawiających się po nią w bibliotekach już nie wspomnę :P

P.S. Usłyszałam dzisiaj porównanie "Trafnego wyboru" do książek Dickensa. Hmm...

A co Wy sądzicie na ten tego, że Rowling pisze dla dorosłych? Przeczytacie? Kupicie?

środa, 26 września 2012

"Lekcje włoskiego" Peter Pezzelli

Tytuł: "Lekcje włoskiego"
Autor: Peter Pezzelli
Liczba stron: 462
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Okładka: miękka
Wymiary: 12,5x19,5


"Carter Quinn, po powrocie z college'u do rodzinnego Rhode Island, postanawia nauczyć się włoskiego. Pragnie wyjechać do kraju miłości i wina, z nadzieją, że spotka tam kobietę swojego życia. Nauka obcego języka nie jest jednak prosta, a to za sprawą nauczyciela, Giancarlo. Ekscentryczny staruszek, profesora muzyki, który od lat jej nie tworzy, mieszka sam. Włochy opuścił przed laty. Dlaczego? O to pytać nie wolno.


Wspólna podróż do krainy dzieciństwa Giancarlo zbliży obydwu mężczyzn. Będzie to prawdziwa lekcja nie tylko włoskiego, ale i - a może przede wszystkim - życia." [Wydawnictwo Literackie]

A miało być tak pięknie, bo po włosku... Nic tylko nudy na pudy, gdzie tytułowe lekcje włoskiego trwają niemalże przez połowę książki. Eh, przynajmniej tytuł nie kłamie, bo reszta opisu to wierutne bzdury proszę Państwa! Chłopak uczy się włoskiego, ponieważ "zakochał się" od pierwszego wejrzenia we Włoszce, z którą zamienił zaledwie kilka słów. Oczywiście - niesamowicie pięknej Włoszce. Lekcji udziela mu profesor muzyki, rodowity Włoch, który opuścił ojczyznę 30 lat temu. Nie nazwałabym jednak staruszkiem mężczyzny w okolicach pięćdziesiątki, jak to poczynił autor tego nieszczęsnego opisu. Wracając jednak do fabuły. Gdy już Carter się włoskiego naumiał, a trwało to 200 stron tekstu i to nawet z hakiem, przyszedł czas na podróż. Cel? Odnaleźć piękność o imieniu Elena i wyznać jej swoje uczucia. I w tym momencie, kto nie czytał a zamierza, niech sobie daruje dalszą lekturę, ponieważ zamierzam niemiłosiernie spoilerować. Chociaż może niech przeczyta i się przed tym "dziełem" ustrzeże.


Quinn leci do Włoch, a co by mu nudno nie było dostaje również do wypełnienia swego rodzaju misję, którą powierzył mu jego włoski mistrz - Giancarlo. Otóż chłopak ma za zadanie oddać niedziałający zegarek (spadek po ojcu) bratu Włocha. Tak się składa, że zamieszkuje on okolice, z których pochodzi Elena, więc wszystko odbywa się przy okazji i po drodze. Zanim jednak to nastąpi nasz bohater sobie podróżuje. A to Rzym, a to Piza, trochę Florencji. Tu kogoś spotka, tam z kimś pogada. Bla, bla, bla. Gdy już w końcu udaje mu się dotrzeć do swej wybranki, zamiast zaimponować jej swoją znajomością włoskiego wdaje się w bójkę z jej... narzeczonym. Tak, tak moi mili, piękna Elena jest zaręczona, a przyjazd Cartera potraktowała jako dobry pretekst, żeby wzbudzić zazdrość w swoim wybranku (pokłócili się akurat tego ranka). No i bum! Czar prysł. Zostaje jeszcze tylko oddać zegarek, a przy okazji pomieszkać sobie u rodzinki profesora, dowiedzieć się co nie co o jego przeszłości, na koniec ściągnąć go do Włoch (zaginięcie brata) i pozwolić pogodzić się z przeszłością. Jeszcze o tym nie wiecie, ale Wam powiem, a co! Wszystko Wam mówię w końcu. Antonella, bo tak jej na imię, rozkochała w sobie obu braci, a że z dwoma być nie mogła, wybrała tego, którego jak sama stwierdziła - bardziej kochała. I tak oto nasz biedny Giancarlo ze złamanym sercem opuścił Włochy i nie mógł się z tym faktem pogodzić jeszcze przez dobre 30 lat. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a jak. Przyjechał, odnalazł brata, pogadał z Antonellą i już.


Co z Carterem? Otóż chłopak już w samolocie powrotnym zaczął snuć nowe plany. Tym razem zafascynowała go kultura francuska o imieniu Sheila. Taa... przypomniał sobie o swojej uroczej sąsiadce, która w czasie gdy on uganiał się za Eleną wyjechała do Francji. Cudze chwalicie, swego nie znacie - chciałoby się rzec.


Po prostu rozłożyła mnie na łopatki ta książka. Lekcja życia? Chyba lekcja, jak nie pisać książek. Czuję się straszliwie rozczarowana. Być może żywiłam zbyt wielkie nadzieje z tym tytułem. Ba! Na pewno żywiłam zbyt wielkie nadzieje. Pytanie tylko, czy moje rozczarowanie musiało być tak ogromne? Zdecydowanie odradzam. Straszliwie się wynudziłam. Oooo - duże ziewnięcie na koniec.


Wybaczcie, ale po prostu musiałam. Musiałam napisać to, co napisałam. Aż mi się smutno teraz zrobiło :(

poniedziałek, 24 września 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> Z pasją przez życie

Tytuł: "Bill Cunningham New York"
Gatunek: dokumentalny, biograficzny
Produkcja: USA
Reżyseria: Richard Press

Ten dokument to historia człowieka, który całe życie poświęcił swojej pasji. Dla niewtajemniczonych pozwolę sobie pokrótce przedstawić postać Billa. Pan Cunningham to z zamiłowania fotograf prowadzący rubrykę "On the street" w znanym na całym świecie dzienniku, jakim jest "New York Times". Tematem przewodnim tej kolumny jest moda. Znajdziemy w niej zdjęcia najbardziej ciekawych, intrygujących oraz inspirujących ubrań prosto z ulic NYC. Wszystkie zostały zrobione przez Billa podczas jego codziennych rowerowych podróży po mieście. Nasz bohater na co dzień nie rozstaje się bowiem z trzema rzeczami: swoim rowerem, charakterystyczną niebieską marynarką oraz aparatem fotograficzny. Zestaw ten nie zmienia się nawet podczas wieczorów, które Bill często spędza na różnego rodzaju galach, gdzie ma okazję obracać się wśród największych celebrytów. 

Pomimo tego całego przepychu, wszędobylskiego luksusu i pieniędzy Pan Cunningham jest nader skromnym człowiekiem, który większość swego życia mieszkał w skromnej kawalerce przypominającej magazyn, bądź też archiwum pełne fotografii. Nigdy nie stał się próżny i zawsze pozostawał niezależny w swoim sądach i opiniach. Nie jada i nie pije nawet wody na bankietach, na których bywa, nie przejmuje się kolejną kradzieżą roweru ani też wytartą od aparatu marynarką, ponieważ zawsze może zaopatrzyć się w nową w sklepie z odzieżą roboczą. W końcu po co mu kupować jakąś drogą i markową, skoro i tak się zniszczy :) Ponadto Bill nie zabiega o niczyje względy oraz nie ugania się za sławami jak inni paparazzi. "Wszyscy ją fotografują, ale ja tego nie zrobię. Moim zdaniem nie miała na sobie niczego interesującego."

Ten rozbrajający staruszek jest przykładem powoli rzadkiej już wierności swoim ideałom oraz nader niezależnym i ponad wszystko ceniącym sobie wolność człowiekiem, odrzucającym przy tym jakiekolwiek wartości materialne. Tacy ludzie pokazują nam, że pasja może być sposobem na życiem, a szczęście nie ma ceny ani metki. Dlatego też czasem warto się zastanowić, czy aby tak naprawdę potrzebujemy tych wszystkich drogich gadżetów, domów, samochodów etc. i czy w tym wyścigu po bycie najbardziej "na czasie" i "cool" nie zgubiliśmy gdzieś po drodze radości z drobnych i codziennych chwil.

Rewelacyjny film ukazujący niezwykłego człowieka, który na pewno skłoni niejednego z widzów do refleksji nad swoim życiem. Polecam!

piątek, 21 września 2012

30 dni z książkami (9)

Dzień 9. Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana

W moim przypadku będą to książki, ponieważ zamierzam przywołać całą serię przygód

Harry'ego Pottera. 

Każdą książkę czytałam kilka razy, a gdy tylko sobie o nich przypomnę, mam ochotę znów po nie sięgnąć. Dokładnie tak, jak ma to miejsce w tej chwili :D Niestety powstrzymuje mnie odległość, gdyż wszystkie tomy stoją na półkach w moim rodzinnym domu. Nie mniej jednak swego czasu ten mały czarodziej zawładnął moim sercem i światem, kradnąc wiele z moich dni oraz nocy. Tylko ekranizacje mnie zawiodły, dlatego lepiej o nich zapomnieć i jeszcze raz zanurzyć się w lekturze^^

Poniżej przypomnienie okładek poszczególnych tomów (zwariuje kiedyś podczas dodawania grafik do postów - wrr!)








środa, 19 września 2012

"Dziesięciu murzynków" Agatha Christie

Tytuł: "Dziesięciu murzynków"
Autor: Agatha Christie
Liczba stron: 172
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Okładka: miękka
Wymiary: 14,0x20,0 


"Jeden z najbardziej znanych kryminałów mistrzyni tego gatunku. Tajemniczy ''ktoś'' zaprasza na weekend na słynną Wyspę Murzynków dziesięć zupełnie różnych osób, zapowiadając wypoczynek i masę atrakcji. W przygotowanych dla siebie pokojach znajdują tekst dziecięcego wierszyka o dziesięciu Murzynkach, które po kolei znikały. Nie wiedzą, że czeka ich to samo..." [Prószyński i S-ka]

Stało się - dałam Pani Christie drugą szansę i nie żałuję, chociaż do jakichś wielkich zachwytów to mi raczej daleko. Kryminał chyba nigdy nie będzie moim ulubionym gatunkiem, chociaż nie przeczę, że "Dziesięciu murzynków" nieźle mnie wciągnęło. Ponieważ bardzo chciałam rozwikłać zagadkę, wiele razy w trakcie lektury wracałam do wierszyka o murzynkach, czy też początkowych minirozdziałów przedstawiających nam bohaterów. Wszystko na nic! Mój pretendent do "zaszczytnego" miana mordercy odpadł niemalże w przedbiegach. Natomiast druga z kolei podejrzana przeze mnie osoba, mimo iż dotrwała do zakończenia wyspiarskiej farsy, również nie była jej sprawcą. 

"No, no, no. Ładne rzeczy..." - pomyślał Chomik i zabrał się za czytanie rozwiązania, które choć dla niektórych mistrzowskie - dla mnie było aż nazbyt nieprawdopodobne. Trzeba jednak przyznać, iż Agatha dobrze sobie to wszystko przemyślała i bardzo zgrabnie skonstruowała całą opowieść. Podczas czytania nie znajdziemy bowiem zbyt wielu wskazówek, co do rozwiązania. Można to poczytywać za plus, osobiście jednak odbieram taką sytuację dość negatywnie. Już mówię dlaczego.

Otóż lubię, gdy lektura zmusza mnie do myślenia i główkowania - tak też było i w tym przypadku, jednakże po drodze nie dostarczyła mi żadnych konkretnych faktów, na których można by się było oprzeć w swoim rozumowaniu. Stawiała zbyt wiele hipotez. Tak, tak wiem, że nie można podać wszystkiego na tacy, jednakże dobra książka z tego gatunku, to w moim mniemaniu taka, do której po skończonej lekturze chce się niemalże od razu wrócić, by sprawdzić te wszystkie drobne niuanse, na które nie zwróciło się dostatecznej uwagi za pierwszym razem, a które subtelnie miały za zadanie naprowadzić nasze myśli na właściwy tor. Mam tutaj na myśli drobne szczegóły, o których przypomnimy sobie dopiero po wszystkim i mówimy "Rzeczywiście! Dlaczego nie zwróciłam wtedy na to uwagi?". Tego mi chyba trochę w "murzynkach" zabrakło. Zagadka nie do rozwiązania, która pozostałaby taką, gdyby nie końcowe wyjaśnienie... Ja chyba jednak wolę takie, które można rozwikłać za pomocą dedukcji.

Mimo wszystko zamierzam sięgnąć jeszcze po kilka innych książek Christie. Ot, tak z czystej ciekawości :)

wtorek, 18 września 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> Sen o Pandorze...

Tytuł: "Avatar"
Gatunek: sci-fi

Produkcja: USA, Wielka Brytania
Reżyseria: James Cameron

Scenariusz: James Cameron


"Długo oczekiwany film Jamesa Camerona zrealizowany z wielkim rozmachem porównywalnym do "Titanica". Szacowany budżet na poziomie 237 milionów dolarów daje mu trzecie miejsce pod tym względem w historii kina. "Avatar" został wykonany w dwóch technikach: tradycyjnej 2D i zupełnie nowej technice 3D. Zdjęcia do filmu zostały wykonane w 2007 roku, natomiast na postprodukcję przeznaczono dwa lata. "Avatar" opowiada historię sparaliżowanego byłego komandosa, który dostaje szansę odzyskania zdrowego ciała. Musi jednak wziąć udział w specjalnym programie militarnym o nazwie Avatar. W rolach głównych między innymi Sam Worthington, Sigourney Weaver, Michelle Rodriguez." [Filmweb]

Swego czasu bardzo głośny tytuł i grzechem wręcz było nie zobaczyć go w kinie. Oto moje wrażenia na chwilę po seansie (24 stycznia 2010r.) Wybaczcie mały poślizg z postem :)

Otwieram oczy. Budzę się, podczas gdy mój avatar zasypia w samym sercu Pandory. Przez moment jestem totalnie zdezorientowana. Mija parę chwil i dociera do mnie, że siedzę w niemalże pustej już sali wpatrzona w napisy końcowe, a na moim nosie wciąż tkwią okulary. Zdejmuję je niepewnym ruchem i rozglądam się wokół. Sala kinowa paradoksalnie przypomina mi Pandorę, tą zniszczoną Pandorę. Kubki po coca-coli - te puste, jak i niedopite, popcorn na siedzeniach, pod siedzeniami nachos i do tego wszystkiego ludzie, którzy jak gdyby nic wychodzą śmiejąc się i rozprawiając o głupotach. Przeważającą większość stanowiły pary oraz rodziny z dziećmi - nie wiem, czy to coś tłumaczy?? Wiem jedno: jest dla mnie nie do pojęcia jak można być tak ślepym! Ludzie naprawdę patrzą, ale nie WIDZĄ i to jest straszne! Nie wspominając o tym, że miałam ochotę w środku seansu wstać i sprawić, żeby to, co konsumowała siedząca obok mnie para wylądowało na ich głowach, bo ciągłe chrupanie, siorbanie i chichotanie w najmniej odpowiednich momentach z pewnie tylko im wiadomych przyczyn doprowadzało mnie po prostu do szału! Proponowałabym ustawić na wejściu jakieś urządzenie mierzące poziom kultury osobistej, żeby uniknąć takich sytuacji. Albo po prostu rozgraniczyć seanse dla ludzi, którzy przychodzą do kina po to, żeby obejrzeć film i przeżyć niesamowitą przygodę oraz dla tych, którzy podczas seansu chcą się najeść, narobić bałaganu, porozmawiać, poprzeszkadzać innym i cholera wie, co jeszcze. Wrr!!!

Z tego, co zdążyłam przeczytać przed seansem wiele osób zarzucało Cameronowi zbyt uproszczony przekaz "Avatara" przedstawiającego cywilizację i postęp, jako największe zło niszczące to, co na świecie najcenniejsze - jego naturalne i niepowtarzalne piękno. I chociaż muszę przyznać, że fabularnie film nie powala na kolana oraz nie brak w nim drobnych nieścisłości, to jego przekaz jest podany w bardzo jasny i moim zdaniem bynajmniej nie jakoś bardzo przesadzony, tudzież wyolbrzymiony sposób, bo do ludzi coraz częściej trzeba mówić wprost (momentami nawet przerysowując pewne kwestie właśnie w celu zwrócenia na nie uwagi), chociaż czasem i to nie wystarcza -> patrz rozpaczliwy wygląd sali kinowej, którą opuszczałam. Takie przykłady można jednak mnożyć rozglądając się wokoło każdego dnia, czy chociażby słuchając/oglądając wiadomości... Ale wcale nie o tym chciałam pisać siadając przy klawiaturze, chociaż problem jest istotny. Teraz - wyrzuciwszy z siebie złość na rażącą ignorację niektórych "cywilizowanych" osobników tego świata spróbuję przejść do sedna.

Szczerze muszę przyznać, że nie przepadam zbytnio za szeroko pojętą fantastyką oraz filmami opartymi głównie na efektach specjalnych, dlatego też do "Avatara" podchodziłam z dużą rezerwą i starałam się nie karmić tymi wszystkimi "ochami i achami" na jego temat. Bałam się, że to wszystko może być w dużej mierze spowodowane tym całym medialnym szumem podniesionym z różnych względów jak chociażby sama technika, w której ten obraz został stworzony. Poza tym coraz częściej pojawiały się głosy, że ten film po prostu "wypada"/trzeba obejrzeć, a co za tym idzie zachwycać się nim, bo tak twierdzi większość. Postanowiłam zatem wyrobić sobie własne zdanie na temat tego "przełomowego" dzieła - bilet musiałam zarezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem!

Panie i Panowie, witamy na Pandorze - pięknej, naturalnie "dzikiej" i niczym nie skażonej planecie zamieszkałej przez tajemnicze plemię Na'vi - niebieskie istoty ponadprzeciętnego wzrostu przypominające nieco swoim zachowaniem Indian. Planecie kryjącej w swoim wnętrzu pokłady bardzo cennego z punktu widzenia Ziemian minerału, po który też przybyli. Naszą podróż rozpoczynamy wraz z jedną z takich właśnie osób. Sparaliżowany od pasa w dół Jake, były weteran wojenny (żołnierz piechoty morskiej) przybywa na Pandorę, żeby po śmierci brata bliźniaka zająć jego miejsce i przejąć kontrolę nad stworzonym dla niego Avaterem - istotą powołaną do życia w wyniku połączenia DNA Na'vi oraz człowieka. Wszystko po to, żeby przeniknąć do świata tych niezwykłych istot, w którym człowiek nie jest w stanie oddychać, a plan jest prosty - dowiedzieć się jak najwięcej i wykorzystać tę wiedzę dla osiągnięcia zamierzonych celów, jeżeli trzeba niszcząc wszystko, co tylko stanie na przeszkodzie...

Proste?? Tylko do momentu, gdy nie zamkniemy oczu, by zobaczyć piękno w jego najczystszej postaci. Brzmi banalnie?? O nie, Pandora nie jest banalna, bo potrafi oddychać każdym swoim skrawkiem i każdą żyjącą na jej powierzchni istotą. Jest jak baśń i największe marzenie dziecka, które zawsze chciało móc dotknąć tęczy. Wszystko przez to, że sama potęga natury i jej wciąż niezgłębione tajemnice sprawiają, że człowiek nigdy nie będzie w stanie przejść obok niej obojętnie. W tym wszystkim tkwi jakaś niewysłowiona magia, której choć sami jesteśmy maleńką cząstką, nigdy nie będziemy w stanie dorównać, bo też nie o to chodzi! Z naturą ani jej pięknem nie można rywalizować! Zamiast tylko brać, trzeba również dawać. Zamiast niszczyć, pielęgnować. Żeby jednak móc to zrobić trzeba najpierw je dostrzec - spojrzeć wgłąb siebie i poczuć wewnętrzną więź z tą ogromną siłą, która nas otacza. I to właśnie zrobiłam kiedy tylko wyszłam z kina. Czułam się wolna i nie obchodziło mnie, co ludzie sobie pomyślą. Idąc chodnikiem bezwiednie zaczęłam wodzić dłonią po oblodzonym murku rozkoszując się skutkiem zderzenia dwóch tak różnych temperatur. Później wyciągnęłam w górę rękę, by pozwolić wiecznie zielonym igłom połaskotać opuszki moich palców. Stojąc na skrzyżowaniu dotknęłam chropowatej kory drzewa badając w skupieniu jej każdą najmniejszą nawet bruzdę. Wreszcie zapatrzona w bezkresną toń nieba z błędnym wzrokiem i błogim uśmiechem na twarzy o mało co nie wpadłam na Bogu ducha winnego człowieka, który zamiast skręcić w boczną uliczkę jak to zrobili jego koledzy, nie wiedzieć czemu zaczął iść w moim kierunku, co wywowało ogólną salwę śmiechu ;P Eh...

Na tym kończę dziś zapis moich wspomnień z pierwszej podróży wgłąb Pandory, gdzie błogim snem gdzieś w koronach drzew śpi mój avatar niecierpliwie czekając na kolejny dzień...

piątek, 14 września 2012

"Miejski Regał Książkowy" w Poznaniu

Dowiedziałam się dzisiaj o ciekawym projekcie realizowanym w Poznaniu i chciałabym się z Wami podzielić tą informacją. Ponieważ jest to miasto, w którym obecnie mieszkam i studiuję, cieszy mnie wykazywana przez nie inicjatywa i myślę, że zainteresuje ona szczególnie nas - książkowych moli :) 

"Miejski Regał Książkowy" to projekt nagrodzony w konkursie Centrum Warte Poznania. Zakłada on istnienie czterech zlokalizowanych w różnych miejscach Poznania (w pobliżu CK Zamek, Biblioteki Raczyńskich, Teatru Polskiego i Galerii Miejskiej Arsenał) specjalnie przygotowanych i zapełnionych książkami regałów, przy których to będzie można bezpłatnie dokonać wymiany książek. 


Rozumiem to w ten sposób, iż przychodzę ze swoją książką i wymieniam ją na inną. Tak można między innymi wnioskować z informacji zamieszczonych tutaj: 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114877,12479383,W_Poznaniu_inauguracja_projektu_Miejski_Regal_Ksiazkowy.html

bądź też tu:

http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/1537393,poznan-na-ulicach-stana-regaly-z-ksiazkami,id,t.html#567614787a32f007,1,3,5

Jednakże portal www.mmpoznan.pl przedstawia zgoła inny charakter całej akcji wskazując, iż dostępne na regałach książki będzie można wypożyczać (jak w normalnej bibliotece), po czym należy je zwrócić. Link do strony, z której pochodzą te informacje znajdziecie tutaj: 

http://www.mmpoznan.pl/425573/2012/9/13/miejski-regal-ksiazkowy-czyli-bierz-ksiazke-z-ulicy-i-czytaj?category=news


Troszkę dziwi mnie ta sprzeczność i zastanawiam się, co jest prawdą. Mam nadzieję, iż racja nie stoi po stronie www.mmpoznan.pl, gdyż taka akcja nie miałaby zgoła większego sensu. Przynajmniej w moim mniemaniu. Od wypożyczania książek są biblioteki, a tutaj nie byłoby np. żadnej gwarancji, że dana osoba książkę zwróci, a nie pokusi się o jej przywłaszczenie. Nie podważam tutaj oczywiście wiary w ludzką uczciwość, ale nie ma co się czarować, że takie osoby się nie znajdą.


Mimo wszystko jestem zaintrygowana pomysłem i na pewno, gdy tylko regały się pojawią sprawdzę, jak to naprawdę działa :) Czy ktoś z Was również jest może z Poznania i planuje się tam wybrać? :)

P.S. Na zdjęciach od góry patrząc możecie podziwiać poznański Teatr Polski oraz CK Zamek

środa, 12 września 2012

"Ominąć święta" John Grisham

Tytuł: "Ominąć święta"
Autor: John Grisham
Liczba stron: 144
Wydawnictwo: Amber
Okładka: twarda

Wymiary: 14,8x21,0 



"Szaleństwo w sklepach. Korki na ulicach. Bezsensowne prezenty. Kłopotliwi goście. To po prostu Boże Narodzenie. A może by tak w tym roku nie kupować choinki? Niczego nie szykować? Luter wpada na genialny pomysł. Nie potrafi sobie jednak nawet wyobrazić, co czeka tego, kto ośmieli się marzyć, by ominąć święta..." [Amber]

John Grisham po raz pierwszy! Podobno jak na Grishama książka ta jest mało "grishamowa", cokolwiek miałoby to znaczyć. Osobiście w niczym mi to jednak nie przeszkadza, ważne że jest świetna. Chociaż do Świąt zostało jeszcze kilka miesięcy, ich atmosfera całkowicie mi się udzieliła. Te tłumy na ulicach w gorączce zakupów, choinki, wózki wypchane po brzegi świątecznymi łakociami, torby z prezentami... Każdy z nas zna ten specyficzny czas tuż przed Bożym Narodzeniem i są to właśnie okoliczności, w których poznajemy naszych bohaterów. 


Nora i Luter Krank, po tym jak odprowadzili na lotnisko swoją jedyną córkę Blair lecącą w ramach Korpus Pokoju na dwa lata do Peru, próbowali przebić się przez zatłoczone miasto oraz zrobić po drodze drobne zakupy. Okazało się jednak, że w obecnym okresie wcale nie jest to łatwe zadanie. Gdy przemarznięta oraz zmęczona para wróciła do domu zdała sobie również sprawę, że te Święta będą inne, niż wszystkie. Nie wiedzieli jednak jak bardzo.

Nazajutrz Luter, jak na skrupulatnego księgowego przystało sporządził bilans zeszłorocznych świątecznych wydatków i rozważając wszystkie za i przeciw postanowił: "W tym roku nie obchodzę Świąt!" Wystarczyło jeszcze tylko złamać początkowy opór małżonki. Pomogła mu w tym broszura ilustrująca dziesięciodniowy rejs luksusowym statkiem po Karaibach. Zatem postanowione, Krankowie nie obchodzą w tym roku Świąt Bożego Narodzenia. I tutaj dopiero akcja tak naprawdę się zaczyna. Myślicie, że Wasze decyzje to tylko i wyłącznie Wasza sprawa? Otóż Wasi sąsiedzi są innego zdania.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak dobrze bawiłam się podczas lektury. Ta książka to naprawdę świetna rozrywka. W sam raz na świąteczny wieczór, ale nie tylko. Myślę, że z chęcią kiedyś jeszcze do niej wrócę :)

poniedziałek, 10 września 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> "Nad złotym stawem"


Tytuł: "Nad złotym stawem"
Gatunek: dramat obyczajowy

Produkcja: USA
Reżyseria: Mark Rydell

Scenariusz: Ernest Thompson


"Ciepła opowieść o małżeństwie starszych ludzi, którzy spędzają jesień swojego życia. Wizyta córki staje się dla nich okazją do wyjaśnienia różnych urazów i nieporozumień... Film został nagrodzony trzema Oskarami, w kategori: najlepszy aktor, aktorka i scenariusz -dla Henry Fonda, Katharine Hepburn i scenarzysty Ernesta Thompsona. Poza tym film otrzymał 7 nominacji." [Filmweb]

Czasem potrzeba nam czegoś, co ciepło nas otuli i rozgrzeje serce. Zupełnie jak ten film, przy którym można odetchnąć, rozmarzyć się i wzruszyć. "Norman, Ty stary durniu" - kołaczą mi się jeszcze w głowie wymawiane z czułością słowa Ethel, a moje myśli biegną zaraz ku osobie, którą ja sama na starość chciałabym owym durniem nazywać :) Film o miłości, przyjaźni i zażegnaniu rodzinnych waśni. Polecam!

piątek, 7 września 2012

30 dni z książkami (8)

Dzień 8. Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być

No i stało się. W tym momencie dotarło do mnie, że chyba jeszcze za mało w życiu przeczytałam, żeby brać się za to wyzwanie. Skoro już jednak się o to pokusiłam - chciałabym w nim wytrwać. Zaprezentuje Wam dzisiaj książkę, o której pisałam już na swoim blogu, a która moim zdaniem w pewien sposób mogę podciągnąć pod powyższy opis. Ta książka to...


Kupiona na wyprzedaży za 2zł, w związku z czym moje oczekiwania nie były zbyt wygórowane, a tu proszę jaka niespodzianka! Co prawda nie jest to typowa powieść, lecz coś na kształt dwóch dłuższych opowiadań, za co w moich oczach tym bardziej zasługuje na uznanie, gdyż jak już kiedyś wspominałam te krótkie formy literackie nie są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Podejrzewam również, iż nie jest ona znana szerszemu gronu czytelników, stąd też zdecydowałam się ją wyróżnić.

Moja recenzja -> klik

środa, 5 września 2012

"Nakarmić wilki" Maria Nurowska

Tytuł: "Nakarmić wilki"
Autor: Maria Nurowska
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: WAB
Okładka: twarda
Wymiary: 12,5x19,5




"Kasia, absolwentka warszawskiej SGGW, przyjeżdża w Bieszczady, by zebrać materiał do pracy doktorskiej o wilkach. W stacji naukowej przebywają już Olgierd i Marcin. Mężczyźni nie wierzą, że ich nowa towarzyszka wytrzyma trudy życia w lesie. Kasia jednak okazuje się osobą nie tylko odporną na niewygody, ale też wyjątkowo odważną. (...)" [WAB]

Ogromne zaskoczenie i to jak pozytywne! Nurowska po prostu czaruje! I pomyśleć, że książkę wypożyczyłam przez zupełny przypadek, jako dodatek do pozostałych lektur. Opis jak zwykle jest beznadziejny, ponieważ streszcza praktycznie całą książkę, dlatego też pozwoliłam sobie go skrócić :)

Kasia to niezwykła osoba, silna i odważna, a jednocześnie zamknięta w sobie i skromna. Potrafiła wzbudzić sympatię i zaintrygować mnie swoją pasją. Bieszczady? Wilki? Przed samą lekturą moje zainteresowanie tym tematem było znikome. W trakcie czytania zaczęłam jednak zmieniać swoje nastawienie. Dziennik obserwacji wilczej watachy prowadzony przez bohaterkę, choć nie jest dynamiczną relacją naprawdę trzyma w napięciu. Wilki mnie uwiodły i nie ma znaczenia, że jestem tylko małym chomikiem. Natura, a jej częścią są wszystkie stworzenia, czy to chomiki, ludzie, czy też wilki, powinna współistnieć w zgodzie i harmonii. Dlatego też urzekła mnie m
agiczna więź oraz nić porozumienia pomiędzy dziewczyną i zwierzętami. Co więcej, po drodze sama się w nią zaplątałam :)

Nie sposób zapomnieć o kwestii czysto ludzkich relacji w tej książce. Mamy tu miłość, taką niemalże bez słów - cicho i nieśmiałą, która zbyt długo kazała na siebie czekać. Mamy przyjaźń i serdeczność, ale i nieufność, a nawet wrogość i bezmyślność. Wszystko to, co niesie życie. Nurowska pokazała nam chwytający za serce wycinek z życia kilku osób. Zrobiła to przy tym tak zgrabnie, że mój apetyt po zakończeniu lektury wzrósł i mam ochotę na dokładkę. Trzeba Wam jeszcze wiedzieć, że język autorki jest prosty, a sposób prowadzenia narracji tak swobodny i niewymuszony, że powieść czyta się naprawdę lekko i co ważne - bez nudy. Polecam!

poniedziałek, 3 września 2012

Filmowy poniedziałek z Chomikiem -> Historia, która ma pozwolenie na to, by się powtarzać.

Tytuł: "Młodzi gniewni - historia Rona Clarka"
Gatunek: dramat obyczajowy, biograficzny
Produkcja: USA, Kanada
Reżyseria: Randa Haines
Scenariusz: Max Enscoe, Annie deYoung


"Film oparty na faktach. Małomiasteczkowy nauczyciel porzuca pracę w lokalnej szkole i przeprowadza się do Nowego Jorku, by pracować z trudną młodzieżą ze Wschodniego Harlemu. Za swoją pracę w 2000 roku otrzymuje nagrodę dla Nauczyciela Roku przyznawaną przez wytwórnię Disneya." [Filmweb]

Któż z nas nie zna "Młodych gniewnych" z 1995r. - filmu, w którym główną rolę zagrała Michelle Pfeiffer? Otóż pozwolę sobie założyć, że prawie każdy, gdyż jest to jedna z tych produkcji, które to stacje telewizyjne lubiły swego czasu co jakiś maglować na swych antenach. Nie wiem jak sprawa ma się obecnie, gdyż pokłóciłam się ze swoim telewizorem i niestety musiał się wyprowadzić, mam jednak nadzieję, że większość z Was wie o jakim filmie mowa. Ilu jednak z Was słyszało o historii Rona Clarka? Otóż ja sama nie kryłam zdumienia, gdy przyszło mi odkryć "nowych" młodych gniewnych, tym razem w męskim wydaniu. 

Historia lubi się powtarzać, jak mówi stare porzekadło i o ile w kwestiach takich jak wojna, bądź inne ludzkie tragedie nie lubimy go, tak w moim dzisiejszym poście ma ono jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Dzieci określane jak trudna młodzież były na tym świecie, są i będą, choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli tego uniknąć. Jedyne, czego nam, a właściwie im brakuje, to ludzi takich, jak Louanne Johnson, czy Ron Clark. Ludzi, którzy potrafiliby z tą młodzieżą pracować oraz wskazać jej właściwy kierunek. Nauczycieli z prawdziwego powołania, a nie tych uczących jak "za karę". Takich, którzy dostrzegają potencjał swoich uczniów oraz pozwalają im uwierzyć w siebie. Ludzi z pasją, którzy kochaliby tak samo mocno niesiony przez siebie kaganek oświaty, jak tych którym chcą go przekazać.

"We are family" - to pierwsza zasada Rona, którą wpoił swoim uczniom. Jesteśmy rodziną, a rodzina się wspiera i szanuje. Uczy się od siebie nawzajem. Utkwiła mi w pamięci szczególnie jedna scena. Clark podchodzi do bawiących się na przerwie dzieciaków i wyciąga do nich rękę mówiąc - nauczcie mnie skakać, a gdy to mi się uda, pozwólcie, żebym i ja Was czegoś nauczył. Niesamowite w jaki sposób ten człowiek potrafił do nich dotrzeć. Byłam naprawdę wzruszona i pod koniec przyszło mi otrzeć kilka łez spływających po mych puchatych chomiczych policzkach. Ja poproszę więcej takich ludzi i niech ta historia powtarza się jak najczęściej.

P.S. Chomik zdaje sobie sprawę, iż zabalował w kilka poniedziałków i nie uraczył Was żadną filmową opowieścią. Ma jednak nadzieję, iż mu to wybaczycie - od tego w końcu są wakacje. Tak, mam na myśli zarówno balowanie, jak i wybaczanie ;)